niedziela, 23 marca 2014

Rozdział 63

Mijały tygodnie. Wszystko zaczęło się powoli układać. Sprawa z Bryanem została wyjaśniona. Arthur nie wniósł zarzutów wobec niego. Julia właśnie wchodziła w trzeci miesiąc ciąży i obawiała się o swój wygląd. Chciała wyjść za mąż przed porodem, żeby zachwycać swoją urodą i sylwetką. I stało się. Rogger oświadczył się Julii. Opowiedziała mi wszystko dokładnie. Na początku pojechali pociągiem do Paryża. A tam, na samym szczycie wieży Eiffela, Rogger zadał jej pytanie na które czekała od miesięcy. Nieubłaganie zbliżał się najszczęśliwszy dzień w życiu Julii.

Obudziłam się w pokoju razem z Julią i Harriet. Noga Harriet uciskała mój brzuch a łokieć Julii wbijał mi się w bok. Spałyśmy na jednym łóżku pierwszy raz nie pamiętam od jak dawna. Poprzedniego dnia nieco zaszalałyśmy na wieczorze panieńskim, ale mając na myśli szaleństwo nie mówiłam o alkoholu (zważając na stan Julii). Zegar na ścianie wskazywał 8.50. Nie wiedziałam, dlaczego obudziłam się tak rano i to w pełni wypoczęta, zwłaszcza że nie położyłyśmy się spać zbyt wcześnie. Delikatnie, aby nie obudzić śpiących królewien, zabrałam z siebie ich części ciała i poszłam do łazienki. Dom Julii i Roggera był przytulny i przejrzysty. Dostali go w prezencie od rodziców obydwojga. W łazience, w której byłam, widać było rękę matki Roggera. Margaret, matka wybranka Julii, miała smykałkę do projektowania i urządzania wnętrz. Dlatego zajęła się przyziemną pracą i nie wybrała zajęcia w typowo nadnaturalnym charakterze jaki zazwyczaj wybierali czarodzieje. Kochała to, co robiła. Po kilku minutach doprowadzania się do porządku, do pomieszczenia weszła Julia. Ale nie wyglądała jak ja, potargane włosy, zaspane spojrzenie, tylko promieniała radością i spokojem. Nie wiedziałam, czy tak wpływa na nią ciąża czy fakt, że niedługo zwiąże się z mężczyzną swoich marzeń. Uśmiechnęłam się do niej w lustrze i powróciłam do rozczesywania włosów. Odpowiedziała mi tym samym. Zawiązała włosy w kok i zaczęła wcierać krem nawilżający w swoje dłonie. Kiedy jej koszulka nieznacznie uniosła się do góry, gdy odstawiała krem na półkę, zauważyłam jej zaokrąglony brzuszek. Uśmiechnęłam się pod nosem, zastanawiając się, kiedy mi przyjdzie nosić w sobie nowe życie.

- Nigdy w życiu ubieranie się nie zajmowało mi aż tyle czasu - powiedziała wzburzona Julia.
- Bo jeszcze nigdy w życiu nie wychodziłaś za mąż - skomentowała Harriet.
Dochodziła 16 i powoli zbliżała się godzina ślubu Julii. Harriet i ja pomagałyśmy pannie młodej przygotować się na tę chwilę. Julia stała przed lustrem w bieliźnie a ja wiązałam jej sznurki od gorsetu. Harriet szperała w szufladzie szukając podwiązki. Niedawno wróciłyśmy z salonu piękności i wyglądałyśmy jak boginie. Oczywiście, Julia wyglądała najlepiej. W końcu nie mogłam pozwolić, żeby uroda moja lub Harriet przyćmiła przyszłą panią Longriver. (hahahahahahahahah)
- Jesteś pewna, że akurat do tej szuflady ją wrzuciłaś co, An?
- Daj mi poszukać, a ty chodź wiązać ten gorset, bo ja nie mam cierpliwości. - powiedziałam i zostawiłam sznurki w spokoju.
Chwilę poszperałam w szufladzie i znalazłam, to czego tak natarczywie szukała Harriet. Pomachałam jej przed nosem materiałem i odłożyłam na półkę obok lustra. Harriet zdążyła już zasznurować gorset i Julia nakładała już białe rajstopy. Wreszcie przyszła pora na suknię ślubną. Z łatwością pomogłyśmy jej założyć strój. Kiedy Julia była już gotowa, stanęłyśmy przed lustrem i podziwiałyśmy efekt. Pozostałyśmy w bezruchu jeszcze chwilę, a później zostawiłyśmy Julię i same poszłyśmy się przygotowywać.

Słońce świeciło od rana, jakby od początku było przygotowane na ten dzień. Nic nie był w stanie zepsuć ślubu. Julia wyglądała jak księżniczka. Cieszyłam się jej szczęściem. Humor zepsuł mi jedynie widok Arthura. Nadal pamiętałam jego bolesne słowa. Jednak dzięki Bryanowi czułam się zdecydowanie lepiej. Arthur też jakby zapomniał o mnie i cały czas tulił się do dziewczyny z którą przyszedł. Julia jak na złość posadziła mnie i Bryana obok niego. Musiałam znosić opowiastki jego dziewczyny, Lily. Cały czas paplała jaki to Arthur jest wspaniały, jaki cudowny. A ja tylko się uśmiechałam grzecznie i myślałam "Zamknij się w końcu suko." Otuchy dodawała mi jedynie obecność ukochanego. Udało się w końcu wyrwać z towarzystwa Arthura i Lily. Musiałam zostawić z nimi Bryana. Jego wzrok błagał mnie o litość, ale on dobrze wiedział, że mu wynagrodzę to poświęcenie. Siedziałam na ławce w altance i dziękowałam za chwilę spokoju. Dołączył do mnie Arthur. Jakby nie miał miejsca do siedzenia nigdzie indziej tylko tu.
- A gdzie twoja partnerka? Nie sądziłam, że potrafi cokolwiek zrobić bez ciebie. Myślałam, że nawet w łazience potrzebuje byś z nią był i trzymał za rączkę.
- Ty to jesteś jednak suka.
- Co ty taki oszczędny w słowach? Słyszałam od ciebie gorsze rzeczy o sobie. - skomentowałam.
- Wolę nie strzępić języka na kogoś takiego jak ty. - odparował Arthur. Zrobił się z niego niezły dupek. Nie żeby wcześniej nim nie był.
- Jak ja? A ta pusta lalunia? Nibym w czym jest ode mnie lepsza? Nie powiesz, że jest inteligentniejsza, bo na taką na pewno nie wygląda.
- Wcale jej nie znasz, a już ją oceniasz. Ale czego można było się spodziewać po dziewczynie mordercy.
- Ty lepiej pilnuj swojej dziewczyny, a nie obcej  się czepiasz. Ale takiej jak ona, to nie upilnujesz. Pewnie pół miasta już ją dymało. - powiedziałam i odeszłam od Arthura z triumfalnym uśmieszkiem na twarzy.

A Julia i Rogger tego dnia wyglądali jak z bajki.





piątek, 14 marca 2014

Rozdział 62

Jeszcze chwilę siedziałam na łóżku trzymając w drżących dłoniach słuchawkę telefonu. Ktoś lekko dotknął mojego ramienia. Odwróciłam się i zobaczyłam niezaspokojone spojrzenie Arthura. Nie wytrzymywałam jego spojrzenia na sobie, więc nie patrzyłam na jego twarz. Wbiłam wzrok w jego tors, odsłonięty przez rozpiętą koszulę, poruszający się energicznie z każdym wdechem i wydechem. Nie było to najlepszym pomysłem. Właśnie zdradziłam mu jak bardzo mi go brakuje. Przez długą chwilę nie mogłam wydobyć z siebie słowa. Arthur, coraz bardziej zaniepokojony, złapał mnie w pasie i wtulił się w moje potargane włosy. Czułam ciepło jego oddechu na karku. Boże, jak bardzo pragnęłam, aby mnie pocałował. I Rover, jakby czytając w moich myślach, delikatnie zaczął całować moją szyję. Odwróciłam się, a on zaprzestał. Spojrzałam mu w oczy i już miałam powiedzieć mu o telefonie, kiedy jego wargi spoczęły na moich. W przypływie emocji, odwzajemniłam jego pocałunki. Nagle, uderzona jakby przez piorun, który przywrócił mi trzeźwe myślenie, teleportowałam się w płomieniach na przeciwległy kąt pokoju. Arthur, zaskoczony moją nieobecnością w jego objęciach, spojrzał na mnie wyczekująco.
- Arthur, wybacz mi,ale tak nie można. Jak tak nie mogę - dodałam twardo.
- Rozumiem, nadal się wściekasz za to w szpitalu, ale to już przeszłość. Przeprosiłem cię przecież. Nawet nie masz pojęcia, jak cię pragnę. - powiedział i w sekundzie pojawił się przede mną. Czułam chłód jego skóry, pozostały po teleporcie. Ujął moją twarz w dłonie i wyszeptał:
- Nawet nie wiesz jak bardzo.
Tym razem byłam szybsza i wyśliznęłam się ze zbliżającego się uścisku.
- Arthur, ty nie rozumiesz. Przed chwilą dzwonili ze szpitala. Bryan właśnie się obudził. Muszę do niego jechać.
Po długiej, męczącej ciszy wreszcie się odezwał. Wolałabym jednak, oczywiście w tamtym momencie tego nie wiedziałam, aby się nie odezwał.
- A więc to tak? Wolisz tego mordercę ode mnie?
Nie spodziewałam się tak ostrej odpowiedzi. Prawie powstrzymując się przed uderzeniem go w twarz, powiedziałam jedyną rzecz, jaką mogłam w tej chwili.
- On nie jest mordercą.
- Oczywiście. A ta noga od krzesła, którą urwał, przez przypadek przeszła na wylot przez moje ciało! - wykrzyczał.
- To nie jego wina. On był zaślepiony. On nie był sobą. - starałam się usprawiedliwić Bryana, chociaż wiedziałam, że to nic nie pomoże. Arthur nie wiedział wszystkiego.
- Tak, zaślepiony swoją chorą miłością do ciebie! On od początku chciał mi cię odebrać! Nie mógł znieść tego, że jesteś za mną, a nie z nim! Więc chciał się pozbyć rywala. I prawie mu się to udało! Ale co cię to oczywiście obchodzi? Przecież masz serce jaku z lodu. - ostatnie słowa przebiły mnie na wylot. Arthur zabrał z podłogi swoją kurtkę i zaczął zapinać guziki od koszuli. Skończywszy, podszedł do mnie i powiedział
- Obydwoje jesteście siebie warci.
Wyszedł, a ja osunęłam się na kolana i zaczęłam płakać.

- Bryan! Mój boże! Nareszcie się obudziłeś! - stojąc w drzwiach, widziałam przytomnego Bryana, który rozpromienił się na mój widok. Podbiegłam do niego i ujęłam jego twarz z dłonie. - Nareszcie.
- Andromeda, nie mogłem się doczekać kiedy cię znów zobaczę. Co się w ogóle ze mną działo?
- Lekarze ci nic nie powiedzieli?
- Coś tam do mnie mówili, ale jakoś nie mogłem ich słuchać. Byłem zbyt zajęty rozmyślaniem o tobie.
Słowa, które wypowiedział i mina, którą przybrał nakazywały mi rzucić się w jego ramiona i całować go do utraty tchu. Powstrzymałam się jednak, wiedząc że Bryan może być zbyt zmęczony, by wytrzymać takie zachowanie.
- Ale pamiętasz co się działo?
- Mówisz  o tym, że o mało nie zabiłem twojego byłego? Tego nie da się zapomnieć.
- Więc zrobiłeś to z premedytacją?
- Nie! Nigdy bym czegoś takiego nie zrobił. Pamiętam tylko strzępki wydarzeń. Zupełnie jakbym spał i budził się co chwilę na ułamki sekundy. To tylko potwierdza tezę lekarzy - powiedział ponurym głosem. - Byłem kontrolowany. Ale jak?
Wytłumaczyłam mu wszystko, co mogłam. Powiedziałam mu o wszystkim, o czym wiedziałam. Po rozmowie posiedziałam jeszcze chwilę u niego i poszłam wypytać lekarzy dokładnie, co i jak z tym, co się z nim stało i kiedy mogę zabrać mojego chłopaka do domu. Naszego domu.

A w domu czekało na niego łóżko. I ja.

niedziela, 23 lutego 2014

Rozdział 61

Dzień był przepiękny. Słońce wzeszło wcześnie i od pierwszych chwil ogrzewało swymi promykami ziemię. Za oknem było słychać świergoty ptaków i okrzyki dzieci spędzających czas na cudownej zabawie. Wydawało się, że w taki dzień, każdy czuł się szczęśliwszy i z mniejszą niechęcią przystępował, jak co dzień, do pracy. Jednak ja nie miałam czasu zachwycać się urodą poranka. Każdego dnia, odkąd skończyłam szkołę, przesiadywałam w szpitalu. Godzinami wpatrywałam się w pozornie martwą, chudą, siną twarz Bryana. W każdej minucie mojego monotonnego życia miałam nadzieję, że właśnie ta minuta, przywróci do życia mojego Bryana. Nawet będąc w pracy, spędzając czas z Julią (i maleńką Julią albo Roggerem) i siedząc w domu myślałam o nim. Wokół niego kręcił się mój dzień. To do niego dostosowałam swój rytm życia. I nie myślałam nawet przez chwilę, aby tego zaniechać. Przeprowadziłam się do domu Bryana, mając nadzieję, że właściciel nie miał by nic przeciwko. Jednak trudno było go nazwać domem, bo częściej byłam poza nim. Za dnia pracowałam w Instytucie Przyszłych Obrońców Czarodziei jako instruktorka opanowywania i rozwijania swoich mocy. Wiem, że to trochę dziwne, że zaraz po szkole dostałam pracę, ale tak to już jest z czarodziejami. U nas nie ma czegoś takiego jak studia. Są jedynie szkoły nieobowiązkowe w których kształci się młodych takich jak ja. Dzięki temu, że jako nieliczna z wielu z mojego rocznika, posiadałam moc, (pirokinezę) dostałam tę pracę. Ten dar jest niezwykle rzadki. Ogólnie wszystkie dary są bardzo rzadkie. Tylko moja rodzina i rodzina Roverów jest jedną znaną mi, która wywodzi się z rodów z predyspozycjami do bycia bardziej nadprzyrodzonym niż inni czarodzieje (oczywiście z małym wyjątkiem, którym jest Bryan, ale takie wypadki są rzadkie). Tak więc, większość czasu zajmowałam się pracą i przesiadywaniem u Sworda. Był jeden z tych dni, kiedy miałam wolne, więc od rana czuwałam przy jego łóżku. Byłam totalnie wykończona, więc usiadłam na ziemi obok Bryana i oparłam głowę o łóżko. Zmęczona, nawet nie zauważyłam jak zamknęły mi się powieki i zasnęłam. Obudziłam się na fotelu w rogu pokoju. Obok mnie na stołku siedział Arthur z łokciami na kolanach i głową opartą na dłoniach. Na stoliku stał bukiet białych róż. Arthur zauważył, że nie śpię i wstał. Kierował się ku drzwiom. Chciał wyjść bez słowa pożegnania.
- Arthur zaczekaj - powiedziałam i chwyciłam go za rękaw. Zatrzymał się, ale się nie odwrócił. - Zostań.
Tak bardzo potrzebowałam czyjejś obecności. Potrzebowałam kogoś komu, mogłabym się wyżalić. Albo chociaż posiedzieć w ciszy. Tygodnie spędzone w samotności nie były dla mnie zbyt łatwe. Usłuchał mnie. Usiadł tam gdzie wcześniej i wpatrywał się przed siebie. Wróciłam na miejsce. Zastanawiałam się co powiedzieć. Nie widziałam go od tak dawna. Ale on się nie zmienił. Nadal był tym samym Arthurem, który całował mnie na szkolnym korytarzu, który mówił, że mnie kocha. To właśnie w tym Arthurze się zakochałam, a nie w tym, który uważał mnie za swoją własność. Przypatrywałam mu się przez chwilę, ale gdy ten podniósł na mnie wzrok, odwróciłam się zakłopotana, ale zdążyłam zobaczyć jego oczy. Były pełnie chłodu i, być może, nienawiści.
- Dlaczego chciałaś, żebym został? - spytał tak lodowato, że moje serce przebił odłamek tego lodu.
- Potrzebuję towarzystwa. - powiedziałam, starając się nie płakać.
- Jakoś do tej pory nie narzekałaś na jego brak.
- Po co w ogóle tu przyszedłeś? Żeby mnie upokarzać?
- Julia mi kazała.
- Skoro tak, to możesz już wyjść. - starałam się być tak samo chłodna jak on.
- Nie mogłem się doczekać, aż to powiesz.
W oczach wezbrały mi łzy, ale postanowiłam nie płakać. Nie przez niego.
- Wiesz, jesteś takim samym dupkiem, jak kiedyś.
Zatrzymał się w drzwiach na chwilę. Wyglądało jakby chciał mi dopiec, ale zrezygnował. Wtedy z oczu poleciały mi łzy. Głupia, pomyślałam o sobie i otarłam twarz rękawem.

Siedziałam przy stole w kuchni i czytałam książkę. Nie mogłam się skupić na treści, bo przez cały czas myślałam o zajściu w szpitalu i o chłodzie jaki emanował od Arthura. Nie mogłam uwierzyć, że ten miły chłopak, tak bardzo się zmienił. Albo raczej, w jakiego dupka ja go zmieniłam. Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. Spojrzałam na zegarek. Było za późno na wizyty, a ja nikogo się nie spodziewałam, więc byłam trochę zaniepokojona tym niespodziewanym gościem. Powlokłam się do drzwi. Za nimi stał Arthur.
- Jeżeli przyszedłeś jeszcze bardziej mnie upokorzyć, to nie licz na to, że ci pozwolę. - powiedziałam i zamknęłam drzwi, a raczej się starałam, bo Arthur je zablokował.
- Wybacz Andromedo, ale ja już nie mogę dłużej udawać, że cię nienawidzę. Myślałem, że jeśli cię zobaczę w szpitalu, to przypomni mi to, jak bardzo mnie zraniłaś, ale nie mogę tak dłużej...
- Arthur...
Nie zdążyłam nawet odpowiedzieć, bo Rover objął mnie w pasie i przyciągnął mnie do siebie. Nie miałam czasu nawet wyrwać z jego uścisku, bo Arthur przyłożył swoje usta do moich. Oszołomiona, nie próbowałam go nawet odepchnąć. Trwaliśmy tak przez chwilę. Nagle Arthur podniósł mnie i zaniósł do sypialni nadal całując.
- Arthur czekaj - oprzytomniałam i starałam się nie dopuścić do najgorszego.
- Ci. Nawet nie wiesz, ile czekałam na ten moment.
Nagle zadzwonił telefon i Arthur jęknął wyraźnie niezadowolony. Jednak dla mnie to było jak zbawienie. Nie to, że Arthurowi czegoś brakowało, ale w szpitalu leżał mój chłopak. Jakby to wyglądało, gdybym wykorzystała, to że go nie ma i zaprosiła do łóżka innego.
- Andromeda Seam. - powiedziałam do słuchawki.
- Dobry wieczór. Nazywam się Henry Dixon i jestem lekarzem prowadzącym pani chłopaka.
Zaniepokoiłam się, że lekarz dzwoni o tak późnej porze. To mogło oznaczać tylko kłopoty.
- Czy coś się stało z Bryanem? Jego stan się pogorszył?
- Wręcz przeciwnie. Mam dobre wieści. Pani chłopak własnie wybudził się ze śpiączki.

piątek, 14 lutego 2014

Rozdział 60

Siedziałam na łóżku w swoim pokoju, przygotowując się do egzaminów. Cisza jaka panowała w pokoju, wcale nie pomagała mi w nauce, wręcz przeciwnie. Gdyby panował w nim gwar, miałabym jak odwrócić myśli od leżącego w szpitalu, w stanie śpiączki, Bryana. Od tragicznego zdarzenia minęło kilka tygodni, a nadal nic nie wskazywało na zmianę stanu mojego chłopaka. Kiedy tylko miałam czas, a miałam go bardzo niewiele, przebywałam razem z nim, mając nadzieję, że się obudzi. Kilka razy, kiedy Julia była zaniepokojona moją długą nieobecnością, przybywała do szpitala, i sprawdzała czy u mnie wszystko w porządku. Zauważyłam nawet, że czasami przychodził z nią Arthur, ale nie wchodził nawet do pokoju. Siedział tylko na korytarzu, starając być poza zasięgiem mego wzroku (co mu się nie udawało) i obserwował mnie. Kiedy tylko patrzyłam w jego stronę, odwracał się lub ulatniał pozostawiając mnie samą ze swoimi problemami. Nikt nie odwiedzał Bryana. Jak dowiedziałam się od moich rodziców, jego ojciec i matka zginęli kilka dni przed dniem, w którym wszystko się zaczęło. Pewnie o tym chciał mi powiedzieć, kiedy wpadł z nieoczekiwaną wizytą, a ja obściskiwałam się z Arthurem. Płakałam kilka dni koło jego łóżka, myśląc jak wynagrodzić mu tamtą krzywdę. Ale wiedziałam, że płacz nie przywróci mi Bryana i postanowiłam, że nigdy więcej nie uronię łzy. Dni mijały coraz szybciej, pędząc ku przyszłości. A dla mnie przyszłość wiązała się z egzaminami. Dla Julii i Harriet oczywiście też. Jednak Julia coraz częściej urządzała sobie wypady (nie informowała mnie nigdy gdzie wychodzi, ale mogłam się tylko domyślać, że były to wypady do łóżka Roggera), a Harriet wiedzę przyswajała z taką łatwością, że w ciągu kilku dni przypomniała sobie cały materiał z tych siedmiu lat i nie potrzebowała tyle czasu co ja. Czasami zazdrościłam jej pamięci i modliłam się dla siebie o taką. Jednak niektórych momentów z życia wolałabym nie pamiętać.Dochodziła dwudziesta pierwsza, kiedy drzwi pokoju otworzyły się i wpadła przez nie zapłakana Julia. Zobaczyła mnie siedzącą nad książkami i zaczęła jeszcze głośniej wyć. Nie przebierając się nawet w pidżamę, rzuciła się na łóżko i przykryła się kołdrą po sam nos. Donośny płacz na chwilę ustał i ustąpił miejsca cichemu pochlipywaniu. Myślałam, że Julia pokłóciła się z Roggerem i, że to była tylko nieszkodliwa sprzeczka. Po chwili moja przyjaciółka zaczęła znowu głośno płakać i wiedziałam, że to na pewno nie tylko nic nie znacząca kłótnia. Odrzuciłam książki na bok i podeszłam do łóżka Julii. Chwilę stałam bez ruchu i zaraz wsunęłam się pod kołdrę. Przytuliłam się do zapłakanej dziewczyny i wyszeptała jej do ucha:
- Julia, co się stało?
Potrzebowała kilku minut, aby się pozbierać i odpowiedzieć nic nie mówiącym mi zdaniem.
- Zniszczyłam sobie życie.
Starając się nie naciskać na przyjaciółkę powiedziałam jedynie:
- Możesz mi powiedzieć co się stało.
Leżałyśmy jakieś dwadzieścia minut wtulone w siebie i mokre od łez ronionych przez nią. W końcu uwolniła się z mojego uścisku, usiadła na łózko i poprawiła włosy, które teraz były w nie ładzie i zakrywały niemalże całą jej zapłakaną twarz.
- Zniszczyłam życie swoje i nie tylko - przerwała na chwilę aby otrzeć łzy - Bo ja... nie wiem na pewno... ale chyba...
Ciągnęła drżącym głosem nie mogąc dokończyć zdania. Po raz pierwszy odkąd poznałam Julię, zabrakło jej słów.
- Jestem w ciąży.
Te słowa głęboko wryły mi się do głowy. Zrobiły ogromną dziurę w moim sercu, zbolałym po tym, co usłyszałam. Julia zniszczyła sobie życie. Nie wiedziałam co powiedzieć, dlatego milczałam. Bałam się, że to co powiem może ją urazić. Julia, nie spodziewająca się takiej reakcji, wybuchła płaczem i wybiegła z pokoju. Ciężko opadłam na łóżko. W mojej głowie rozszalał się prawdziwy huragan.
- Widziałaś Julię? - głos Roggera wyrwał mnie z zamyślenia.
- Wybiegła stąd przed chwilą - powiedziałam do stojącego w drzwiach chłopaka - Rogger, masz problem i to poważny.

wtorek, 11 lutego 2014

Rozdział 59

Wracałam do szkoły ciągle nie mogąc otrząsnąć z tego, co się stało. Szłam na piechotę. Musiałam mieć trochę czasu na rozmyślenia. W mojej głowie kłębiły się tysiące pytań. Przerażające jednak było to, że na żadne z nich nie znałam odpowiedzi. Jakim cudem, przez te wszystkie lata, nie zauważyłam, że z Bryanem jest coś nie tak. Gdy śniło mi się, że mój obecny chłopak (ale nie jestem pewna, czy po tym co się stało, nie zostanie byłym chłopakiem) zabija Artura, byłam święcie przekonana, że to tylko chore wymysły mojej wyobraźni. Teraz nie jestem tego taka pewna. Znałam Bryana od dziecka. Spędziliśmy chyba razem całe dzieciństwo. Zawsze bronił mnie przed innymi, gdy wpadaliśmy w kłopoty. Każdego dnia wybieraliśmy się na piesze wycieczki albo nocowaliśmy w namiotach. Ostatnio uratował mnie nawet przed śmiercią, gdy niepotrzebnie rozgościliśmy się w nieswoim lokum, co najwyraźniej nie spodobało się właścicielowi (oczywiście, ta sprawa nadal się nie wyjaśniła). Matka opowiadała mi, jak przez ogromne zaspy Bryan niósł mnie nie zważając na chłód, czy na własne kontuzje. Na to wspomnienie zakręciła mi się łezka w oku. Prawdopodobnie już wtedy wiedziałam, że on czuje do mnie coś więcej niż w dzieciństwie. I co gorsza, ja chyba też tak czułam. Nie sądziłam, że pod przykrywką czarującego, przystojnego chłopaka (także nieźle umięśnionego i z boskim ciałem), kryje się morderca. Przystanęłam na chwilę i próbując złapać oddech oparłam się dłonią o słup. Na policzku zalśniła mi łza. Nie mogłam dłużej znieść samotności, więc teleportowałam się do mojego pokoju w szkole. Nadal ze łzami w oczach rozejrzałam się po pokoju w poszukiwaniu Bryana. Nigdzie go nie było. Rzuciłam się z płaczem na łóżko i wtuliłam twarz w poduszki.

- Wielcy czarodzieje! Andromeda! Co ci się stało?! - ze snu wyrwał mnie donośny głos Julii. - Gdzieś ty się podziewała? Szukaliśmy cię wszędzie!
- Co się stało? - zapytałam jeszcze zaspana.
- Bryana musieliśmy zawieść do szpitala. Był nieprzytomny, coś mu się poważnego stało. A tak w ogóle, co twój chłopak robił w naszym pokoju?
- Wpadł z wizytą - równie dobrze mogłam powiedzieć wpadł z nożem.
- Już nie ważne, musimy do niego pojechać. Pielęgniarka nie chciała zatrzymać go u nas, więc wysłali go do publicznego dla czarodziei. Zbieraj się.
Nie chciałam tłumaczyć mojej niechęci w stosunku do jej pomysłu wybrania się do szpitala, toteż niechętnie wywlokłam się z łóżka i poszłam z Julią.

- Przepraszam, może pan powtórzyć? - powiedziałam do doktora, który tłumaczył mi stan Bryana.
- Otóż pan Sword, doznał głębokich i poważnych uszkodzeń mózgu i zapadł w śpiączkę, niestety, przewidujemy, że na bardzo długi okres czasu. - Znaleźliśmy również dziwnie uszczerbki w organizmie.
- Ja nie rozumiem, u tak młodego mężczyzny? Jakim cudem? - powiedziałam wyraźnie zaniepokojona, a raczej wykrzyczałam.
- Po wszelkich dostępnych badaniach, doszliśmy do wniosku, że ten stan nie jest uwarunkowany z przyczyn naturalnych, ale z przyczyn świata czarodziei. Spustoszenie jakie zastaliśmy w jego organizmie spowodowało praktykowanie czarnej magi i opętanie.
No i kurwa pięknie. Moim chłopakiem był jakiś gnida zajmujący się czarną magią i do tego opęt... Chwila moment. Przez myśl mi przemknęło to słowo, OPĘTANY. Czyli istniała szansa, że Bryan nie robił tego dobrowolnie. Moja psychika podrzuciła mi tezę, że w końcu miałam normalnego chłopaka, a nie mordercę, czy zwykłą gnidę (jaką był niegdyś Arthur). No może nie tak do końca normalnego, bo bycie opętanym nie jest normalne. Ze stanu zamyślenia wyrwała mnie, jak zwykle, Julia.
- Słuchaj An, właśnie dostałam wiadomość, że Arthur jest w szpitalu. Muszę do niego pędzić. Wybacz. - wydukała Julia i zniknęła w tłumie pacjentów.
Weszłam do sali w której leżał Bryan. Wyglądał okropnie. Zapadnięte policzki, sina cera, wyglądał jak śmierć. Że też ja nie zauważyłam, że to nie był mój Bryan. Mogłam mu pomóc uwolnić się spod opętania, gdybym nie była taka ślepa. Uklękłam przy jego łóżku i ujęłam jego dłoń.
- Co za straszny widok. Niecodziennie przecież ktoś zapada trudną do wybudzenia dla lekarzy śpiączkę. - powiedziała kobieta, która przyniosła świeżą pościel. Nawet nie usłyszałam jak wchodziła. Wtedy pojęłam powagę sytuacji. Bryan może się już nigdy nie obudzić. Będę już zawsze patrzyła, jak tutaj leży, nie mogąc z nim porozmawiać, nigdy nie słysząc ponownie jego śmiechu, nie mogąc znowu poczuć ciepła jego ciała na moim. Istniały rzeczy gorsze niż śmierć. I ja właśnie się o tym przekonałam.

piątek, 8 listopada 2013

Rozdział 58

Klęczałam nieruchomo nad Arthurem. Z jego ciała coraz więcej krwi ubywało, a wraz z nią ulatywało z niego życie. Intensywnie zastanawiałam się co robić dalej. Nie mogłam zabrać go do szkolnego szpitala, bo tam zaczęli by zadawać pytania na które nie znałam odpowiedzi, albo co gorsza takie na jakie mogłam bym jej udzielić. Popatrzyłam w stronę Bryana szukając pomocy, ale on sam najwyraźniej jej potrzebował. Leżał bezwładnie na podłodze nie dając znaku życia. Oszołomiona podbiegłam do niego, sprawdzić czy on też nie potrzebuje pomocy. Na szczęście wyczuwałam tętno. Wróciłam do Arthura, by sprawdzić czy mogę jakoś zatamować rzekę krwi wypływającą z jego ciała. Gdy pochyliłam się nad nim, by sprawdzić czy oddycha odzyskał przytomność.
- Andromedo... - wyszeptał.
- Cicho, cicho, nic nie mów. Wszystko będzie dobrze. - widząc go w takim stanie do oczu napłynęły mi łzy. Powolną, nieprzerwaną strugą spływały mi po policzkach mocząc całą moją twarz. Wiedziałam, że tym razem to nie może się skończyć dobrze.
- Nie płacz, nie chce cię ostatni raz widzieć, gdy jesteś w takim stanie.
- Nie mów głupstw, jaki ostatni raz? Jeszcze nieraz będziesz się wdzierał do mojego pokoju, aby mnie odzyskać. To nie jest ostatni raz - nie mogłam powstrzymać płaczu.
- Zanim się rozstaniemy chcę cię za wszystko przeprosić i powiedzieć ci, że nigdy nie przestałem cię kochać - powiedział resztkami sił i jego powieki się zamknęły.
- Arthur! Nie możesz mnie teraz zostawić! Nie teraz, gdy chcę znów na ciebie krzyczeć za to jak bardzo mnie zraniłeś, gdy chcę cię pocałować znowu, gdy chcę żebyś wiedział, ze ja też cię nadal kocham...
Nie mogłam dłużej patrzeć bezczynnie na śmierć Arthura. Zrobiłam jedyną rzecz, jaką mogłam. Teleportowałam się wraz z nim do szpitala.


- Ludzie błagam pomocy! - krzyczałam ile sił w piersiach, gdy tylko znalazłam się na białej podłodze, co znaczyło, że jesteśmy na miejscu. Biała podłoga powoli zaczynała zmieniać barwę. Zrozumiałam, że to krew Arthura ją plami. Kilku lekarzy w białych kitlach odpowiedziało na moje wezwanie. Otoczyli mnie i Arthura, wołając do krzątających się pielęgniarek.
- Nosze! Dajcie mi do cholery nosze, bo on wykrwawi się na śmierć.
Po kilku sekundach, które dla mnie zdawały się być wiecznością kilkoro ludzi przenosiło ostrożnie Arthura. Rozdygotana poczułam, że ktoś mnie łapie za ręce i podnosi z podłogi. W oddali widziałam Arthura, który nadal był nieprzytomny.
- Gdzie go zabieracie? Muszę iść z nim, nie mogę go teraz zostawić! - krzyczałam i próbowałam wyrwać się z czyjegoś uścisku.
- Proszę się uspokoić. Zabieramy go na salę operacyjną. Mimo, że to jest szpital dla czarodziei, tego nie możemy wyleczyć za pomocą magii. Musimy operować. Mam rozumieć, że jet pani osobą bliską dla poszkodowanego? - dopiero teraz zrozumiałam co się dzieje. Spojrzałam na osobę, która mnie powstrzymywała przed dołączeniem do Arthura. Lekko przytrzymywał mnie jakiś młody lekarz. Był wyższy ode mnie i łatwo było zauważyć, że nie jest jakimś tam chucherkiem. Nienaturalnie ciemne oczy, kryły się za gustownymi okularami. Kruczoczarne włosy opadały falami na jego wydatną szczękę.
- Nie... to znaczy tak. Jestem jego dziewczyną.
- Zechce mi wytłumaczyć pani, co się stało?
Szybko musiałam wymyślić, jakąś historię. Nie mogłam powiedzieć,że mój chłopak chciał go zabić. Wiedziałam, że to nie był Bryan, a przynajmniej nie był on sobą. Musiałam dowiedzieć się wszystkiego sama. Do głowy przyszedł mi tylko jeden pomysł.
- Wracaliśmy razem od mojej rodziny i aby być szybciej w domu, poszliśmy na skróty. Ktoś nas napadł i zabrał mi torbę. Arthur próbował ją odzyskać i wtedy kilku mężczyzn rzuciło się na niego. Jeden wyrwał z leżącego obok na stercie śmierci krzesła nogę i dźgnął nim go.
- Jak to możliwe, że pani nic się nie stało? - pytania młodego doktorka były coraz bardziej irytujące.
- Użyłam magii, aby ich odstraszyć. Czy teraz mogę do niego iść?
- Na razie jest operowany, musi pani poczekać tutaj - powiedział i odszedł.
Usiadłam na krześle i z niecierpliwością czekałam na jakieś wieści. Po kilkudziesięciominutowej operacji wreszcie mogłam zobaczyć się z Arthurem. Tylko trudno było mi z nim porozmawiać, bo był nie przytomny. Lekarze powiedzieli, że w ostatniej chwili podjęli operację. Przybylibyśmy minutę później, a nie mieli by szans na jego uratowanie. Leżałam z opartą głową na łóżku, czekając, aż się obudzi. W końcu, po długim oczekiwaniu, ocknął się. Opowiedziałam mu o wszystkich, błagając go o to, aby nie wydał Bryana dopóki sama nie dowiem się co tak naprawdę się stało. Arthur postąpił wspaniałomyślnie zgadzając się na moje warunki. Widząc, ze jest słaby postanowiłam pozwolić mu odpocząć. Wychodząc usłyszałam jego głos za sobą.
- A może zostaniesz i jeszcze raz powiesz mi, że nadal mnie kochasz i mnie pocałujesz, jak chciałaś wcześniej?
- Chyba się przesłyszałeś - powiedziałam i wyszłam z pokoju doskonale wiedząc, że tak nie było.

sobota, 2 listopada 2013

Rozdział 57

Klęczałam na podłodze w objęciach Artura i nie mogłam wydusić z siebie słowa. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem a cały czerwony ze złości Bryan zaczął wykrzywiając przekleństwa w naszą stronę.
- Co ty do cholery robisz z moją dziewczyną?
- Zapomniałeś dodać, ze była moją dziewczyną zanim mi ją ukradłeś! - Artur delikatnie mnie podniósł i stanął przede mną, jakby chcąc chronić mnie przed Bryanem.
- Oho! Znalazł się pan honorowy! Tyle tylko, ze ja nie umawiałem się z nią i inną dziewczyna w tym samym czasie! - krzyki Bryana stawały się coraz głośniejsze a ja obawiałam się, że ktoś możne zbytnio się tym zainteresować. W końcu, nie wypada żeby ktoś spoza szkoły odwiedzał nas w naszych sypialniach, a szczególnie, gdy mówimy tu o chłopakach.
- Jak ty się w ogóle dostałeś Bryan? - zebrałam się na odwagę i zadałam podstawowe pytanie, które dopiero teraz przyszło mi do głowy - przecież nikt obcy nie może wejść na teren zamku.
- Własnie! Wiesz ile się nagimnastykowałem, żeby przejść te cholerne zabezpieczenia!? A później ile musiałem nakłamać do jakiegoś profesorka, ze jestem jakimś tam uczniem, żeby mnie wpuścił?! Wiesz ile trudu sobie zadałem, żeby się z tobą spotkać? A ty co wyprawiasz? Romansujesz ze swoim byłym a mi miałaś czelność kłamać w żywe oczy! To tak ta wygląda twoja nauka? Czego się uczysz na Arthurku? Rozmnażania? Tego was uczą w tej szkole? Jak dobrze leżeć na swoim byłym, aby nie zajść w ciąże, co?
- Jak śmiesz się tak do niej zwracać? Nie dość uczyniłeś jej przykrości? - Arthur, z wyraźną pogardą w głosie, stanął bliżej Bryana. Jego przekrwione oczy zdradzały, ze jest na granicy wytrzymałości.
- A ty jak śmiałeś leżeć na mojej dziewczynie?
- Bryan uspokój się! Przecież do niczego nie doszło! - powiedziałam roztrzęsiona, chcąc uspokoić Bryana.
- Nie doszło, bo ja pojawiłem się w drzwiach, jeszcze chwila a nie miałabyś nic przeciwko temu, żeby uczyć się anatomii na tym wieśniaku.
- Dobieraj rozważniej słowa śmierdzielu, bo będą musieli twoje wnętrzności zdrapywać z podłogi. - Arthur ledwo powstrzymywał się przed zadaniem ciosu. Ja, bezradna przyglądałam się temu wszystkiemu, próbując wymyślić jak ich uspokoić. Stanęłam miedzy nimi mając nadzieję, ze utrzymają swoje nerwy na wodzy, nie chcąc mnie skrzywdzić. Chociaż coraz głębiej się zastanawiając, nie miałam pewności czy im się nic nie stanie, gdy przypadkiem ożyje pirokinezy. Uniosłam dłonie na wysokość torsu Bryana i lekko odepchnęłam go do tylu, myśląc, ze trochę ochłonie. Jakże się myliłam.
- Odejdź Andromedo. Ta sprawa nie dotyczy ciebie. Sam ją załatwię. - Bryan zwrócił się do mnie łagodnym głosem, co zupełnie nie pasowało do obrazka sprzed kilku sekund, kiedy cały był w nerwach i bałam się, że przez to może się stać komuś krzywda.
- Własnie, że mnie dotyczy. Nie powinieneś był tu przychodzić. Z naszych spotkań zawsze są kłopoty. - teraz zwróciłam się do Arthura.
- Nikt nie zabroni spotykać się z miłością mojego życia - oczy Arthura, teraz bez gniewu, były utkwione we mnie.
- Cóż za obrzydlistwo, słuchać takich rzeczy od byłego swojej obecnej dziewczyny. Przecież ona nie może kochać nas obu. Jeden z nas musi odejść. Proponuję, abyś był to ty.
- Ani mi się śni. - Arthur przybrał postawę, jakby miał stoczyć walkę swojego życia, a z jego twarzy zniknęły wszelkie wyrazy uczucia, jakich przed chwilą nie był w stanie ukryć.
- Nie chciałeś po dobroci, więc będzie siłą - powiedział Bryan i rzucił się na Arthura. Obydwoje tarzali się po podłodze, zadając ciosy na oślep. Nie chciałam, żeby zaszło to za daleko. Siłą umysłu wyczarowałam węże ognia, które, bez żadnej szkody, oplotły się wokół Bryana i oddzieliły go od rozwścieczonego Arthura. Postawiłam go koło drzwi a sama podeszłam do Arthura, który leżał nieruchomo obok łózka. Po chwili podniósł się i stanął na nogach. Nagle za sobą usłyszałam trzask. Było zbyt późno, by zareagować. Odłamana z krzesła noga, leciała w stronę Arthura. Zaostrzona z jednej strony belka wbiła się w jego ciało.  bezwładnie padł na podłogę. Podbiegłam do niego roztrzęsiona. Strumienie krwi wylewały się z
Rovera i plamiły podłogę. Usiłując zatamować rzekę krwi, próbowałam odszukać wzrokiem Bryana. Leżał na podłodze tam, gdzie go odstawiłam, a z jego ust wydobywał się czarny obłok dymu, który przybrał kształt ludzkiej twarzy i po chwili wyleciał przez okno. Gorąca krew, która spływała mi po dłoniach przywróciła mi świadomość. Arthur wykrwawiał się na śmierć, a ja nie mogłam nic zrobić. Ze łzami w oczach nachyliłam się do niego i lekko pocałowałam osuszone z krwi usta.