- Boże, kochanie co się stało? - z troską w oczach zapytała matka, gdy stanęłam przed drzwiami rodzinnego domu.
- Nie pytaj. Mogę zostać na kilka dni? Dopóki czegoś nie znajdę - zdążyłam już ochłonąć zwłaszcza że użyłam tradycyjnego środka komunikacji. Podróż trwała dłużej, dzięki czemu miałam więcej czasu na przemyślenia.
- Jasne, wchodź słonce - gestem ręki zaprosiła mnie do środka - Tylko powiedz mi o co chodzi.
Mały Ben zbiegł na dół i z uśmiechem wtulił się w moje nogi.
- Hej, dzieciaku, ale wyrosłeś - z trudem wzięłam go na ręce - Oho i już nie ważysz tyle co piórko.
- Kochanie, kto to przyszedł? - z góry usłyszałam głos taty.
- Córeczka wróciła do domu - powiedziała mama i od razu zobaczyłam tatę na szczycie schodów. Uśmiechnął się do mnie, ale gdy spojrzał na torby stojące u mych stóp mina mu zrzedła.
- Coś się stało, skarbie? - wyszeptał mi do ucha, gdy mnie tulił.
- Naprawdę, nic mi nie jest - oczy zaszły mi łzami.
- Hej, nie płacz - otarł moje wilgotne policzki - Chodź do kuchni. Porozmawiamy. O ile chcesz.
- Myślę, że napiłabym się herbaty.
- Da się zrobić - poprawił okulary i zniknął w kuchni.
Mama pokiwała na mnie i zabrała Bena do pokoju. Dołączyłam do taty. Właśnie krzątał się koło blatów, gdy zajęłam miejsce za stołem. Po chwili postawił przede mną kubek i zasiadł naprzeciw. Czekał, aż się odezwę. Długo mi zajęło zaczęcie rozmowy. Jednak nie mogłam milczeć w nieskończoność zwłaszcza że płyn w kubku powoli znikał. Zebrałam się w końcu na odwagę i powiedziałam o wszystkim. Pominęłam poprzednią noc. W ogóle nie wspomniałam o Arthurze. Pod koniec rozmowy miałam zaszklone oczy. Tata jednak tylko wziął mnie za rękę i słuchał w milczeniu. Nie żebym była jakaś szczególnie twarda i nic mnie nie ruszało, ale jakoś nie byłam w tak opłakanym stanie jak te wszystkie panny w filmach. Właśnie rozpadało się moje małżeństwo.
- Kochanie, myślę że powinnaś go wysłuchać - przerwał cisze tata - Może wie jak to wytłumaczyć? Może za szybko zareagowałaś?
- Jesteś po jego stronie?! - ze wzburzeniem wyrwałam swoja rękę - Do cholery tato, on mnie zdradził.
- Jakoś nie chce mi się wierzyć, że Bryan byłby do tego zdolny. Znam tego chłopaka od dziecka. To porządny facet.
- Widać nie tak porządny jak uważaliśmy - rzuciłam ze złością.
- Dobrze już, dobrze - spojrzał na mnie z miłością - Ochłoń, a potem porozmawiaj z mamą.
Następnego dnia, gdy mama wysłała mnie do sklepu, zabrałam ze sobą Bena. Ucieszył się bardzo, na wieść że pobędzie trochę ze mną. W końcu dawno się widzieliśmy. Jak na starszą, dużo starszą, siostrę przystało, kupiłam mu co tylko chciał. Doszło do tego, że otrzymał ode mnie prezenty urodzinowe z wyprzedzeniem na kilka lat. Po tych udanych zakupach wróciliśmy do domu. Mama kazała mi zabrać torby do kuchni a sama zabrała na górę Bena. Weszłam do pomieszczenia i postawiłam pakunki na blacie. Nagle usłyszałam:
- Cześć, An. Proszę Cię, tylko nie uciekaj.
Na krześle za stołem siedział Bryan.
- O nie, tylko nie ty. - już byłam przy drzwiach, gdy zagrodził mi drogę.
Rzuciłam mu gniewne spojrzenie.
- Chcesz, żebym znowu nie uważała z pirokinezą?
Bryan otworzył usta, by coś powiedzieć, ale przerwał mu tato, który pojawił się znikąd.
- Myślę, że to nie będzie konieczne. Skarbie, wysłuchaj co ma do powiedzenia. W końcu to twój mąż.
- I ty tato przeciw mnie? Czyście się na mnie zmówili? - niemalże krzyczałam.
- Tylko chce dla ciebie tego, co najlepsze. A w tym przypadku najlepsza będzie wasza rozmowa.- popatrzył na nas oboje - A ty, Andromeda, wstrzymaj się z czarami, póki go nie wysłuchasz. - i odszedł.
Z rezygnacją usiadłam na krześle. Niedługo potem dołączył do mnie Bryan.
- Mów, co musisz. Miejmy to z głowy.
- Na początku wiedz, że nigdy Cie nie zdradziłem. Przenigdy.
Prychnęłam z irytacji, ale Bryan ciągnął dalej:
- Nie wiem co sobie wtedy pomyślałaś, ale to nie była moja wina.
- Chcesz powiedzieć, że to ona cię całowała, a ty ją nie?!
- No cóż.. Tak.
- Daruj sobie. Jesteś żałosny. - zerwałam się z krzesła, ale Bryan mnie zatrzymał.
- Nie wierzysz mi? Sprawdź moje wspomnienia. Użyj magii. Doskonale znasz zaklęcie.
Z początku uważałam to za idiotyzm. Ale co mi szkodziło? Tylko utarłabym mu nosa.
- Dobra - powiedziałam. i chwyciłam go za rękę. Nie bałam się, że wspomnienia będą fałszywe. Potrzebowałby kilku tygodni, żeby je zmienić. Nawet wybitny czarodziej nie dokonałby tego w kilka dni. Wyszeptałam zaklęcia i zaczęłam wertować jego umysł. Powróciłam do tego feralnego wieczora. A to co zobaczyłam całkowicie mnie zaskoczyło. Bryan mówił prawdę.
sobota, 15 listopada 2014
wtorek, 11 listopada 2014
Rozdział 68
Obudziłam się następnego dnia wcześnie rano. Miękka, puchowa pościel nie chciała mnie wypuścić ze swych objęć. przez lekko uchylone zasłony wpadało światło i ogrzewało kawałek mojej nagiej skóry. Obróciłam głowę i spojrzałam na pogrążonego w śnie Arthura. Kosmyk włosów opadł mu na czoło a ja w ostatniej chwili powstrzymałam się od jego odgarnięcia. Usiadłam na łóżku i rozejrzałam się po pokoju. Obok mnie leżał nasze ubrania zrzucone w pośpiechu zeszłego wieczora. Sięgnęłam po bluzkę, spuszczając stopy na zimną podłogę. Właśnie zebrałam się do wyjścia, gdy usłyszałam za plecami czarujący głos Arthura:
- Dlaczego uciekasz?
Odwróciłam się i z uśmiechem na twarzy spojrzałam na jego nagie ciało nieokryte kołdrą.
- Ja w cale nie uciekam. Chciałam tylko...
- Chciałaś tylko wymknąć się niepostrzeżenie i zostawić mnie bez słowa pożegnania - dokończył
- To wcale nie tak...
- A jak? Proszę, wytłumacz mi - błyskawicznie znalazł się przy mnie, używając swojej teleportacji. Nawet nie wysilił się, żeby nałożyć jakieś ubrania. Zaniemówiłam. Nie potrafiłam tego wyjaśnić, a on o tym doskonale wiedział.
- Nie sądzisz chyba,że uważam to co robiliśmy zeszłej nocy za tak niestosowne, że musiałabyś teraz uciekać ode mnie? - zapytał i zaczął powoli nachylać się ku mnie - Zwłaszcza, ze to było bardzo stosowne - szepnął mi do ucha a całe moje ciało zaczęło drzeć pod wpływem jego ciepłego oddechu. Nie pozwoliłam jednak sobie ulec.
- Chodzi o to, ze ja nie wiem czy to było stosowne - spojrzałam ze stanowczością w jego oczy. Natychmiast pojawiło się w nich rozbawienie, co mnie zirytowało.
- Nie zachowuj się tak, jakbyśmy mieli wrócić do tego co było przedtem.Chyba oboje tego nie chcemy.
- Skąd możesz wiedzieć czego chcę? - rozgniewanie w moim głosie było doskonale słyszalne, nawet nie starałam się go ukryć.
- Chcesz. Właśnie. Tego. - akcentował każde słowo powoli doprowadzając mnie do szału. Już miałam wybuchnąć, gdy Arthur położył obie dłonie na ścianie nie dając mi szansy na normalną ucieczkę. Przytulił głowę do mojej szyi i zaczął wodzić po niej ustami. Z początku poddawałam się tym pieszczotom, jednak szybko odzyskałam trzeźwość umysłu. Oparłam ręce na jego nagich piersiach i lekko odepchnęłam. Spojrzał na mnie z bólem w oczach.
- Arthur, proszę muszę pomyśleć - wyciągnął w moją stronę silne ręce - Musze pobyć sama - i natychmiast je opuścił.
- Będziesz analizować każdy szczegół minionej nocy? - spytał z łobuzerskim uśmiechem.
- Proszę... - posłałam mu przepraszające spojrzenie i zbiegłam po schodach na dół.
Gdy wsiadałam do samochodu, Arthur stał w drzwiach wejściowych, oparty o framugę i z tęsknotą patrzył jak wyjeżdżam z posesji.
Po cichu otworzyłam drzwi domu. Powiesiłam klucze na kółku. Natychmiast usłyszałam za sobą grzmiący głos Bryana:
- Gdzie ty do cholery byłaś całą noc?!
Zacisnęłam zęby i odparowałam.
- Po tym co zastałam poprzedniego wieczora, myślałam że chcesz się mnie pozbyć na noc.
- Andromeda! Nawet nie pozwoliłaś mi wytłumaczyć!
- Wydaję mi się, że tego nie trzeba było tłumaczyć - w końcu zebrałam się na odwagę i spojrzałam mu w oczy.
- Ja uważam inaczej. Proszę, An - rozłożył ręce w geście bezradności.
-Nie ma mowy - powiedziałam stanowczo - To mówiło samo za siebie.
Chciałam przedostać się do pokoju, lecz on zagrodził mi drogę i zamknął w swoim uścisku.
Posłuchaj - wyszeptał - An...
- Puść mnie, bo pożałujesz. Nie ręczę za siebie - wyrzuciłam przez zaciśnięte zęby.
- Jak tylko zgodzisz się mnie wysłuchać.
- Nie! - krzyknęłam - Uprzedzam, ze teleport w płomieniach jest bezpieczny dla mnie, ale co do ciebie...
- Nie zrobisz tego..
- Nie bądź taki pewien. Uprzedzam - ale on tylko zacieśnił uścisk. Bez zastanowienia teleportowałam się za jego plecy i pobiegłam na górę. Za plecami usłyszałam tylko cichy syk.
- Wpuść mnie An. Porozmawiajmy. - usłyszałam za drzwiami.
Właśnie wyciągnęłam torbę z szafy i spakowałam kilka najpotrzebniejszych rzeczy. Z irytacją rzuciłam do zamkniętych drzwi:
- Nie mamy o czym, Bryan. To koniec Wracaj do tej lali.
- Nie ma pojęcia o czym mówisz.
- Haha! Nie jestem ślepa. chcesz mi powiedzieć, że mi się przywidziało? - moja złość rosła z każdym wypowiadanym słowem.
- Oczywiście, że nie...
-Widzisz, problem z głowy - sięgnęłam do klamki i otworzyłam drzwi. Bryan o mało nie wpadł do środka. Widząc torbę w moim ręku powiedział:
- Co ty... Chyba się nie wyprowadzasz?
- A ty myślałeś, że zamieszkamy z tą zdzirą i utworzymy szczęśliwy trójkącik? . To źle myślałeś
Nie zdążył odpowiedzieć, bo mnie już nie było w pokoju. Siedziałam w samochodzie, zaciskając ręce na kierownicy i powstrzymując napływające do oczy łzy.
- Dlaczego uciekasz?
Odwróciłam się i z uśmiechem na twarzy spojrzałam na jego nagie ciało nieokryte kołdrą.
- Ja w cale nie uciekam. Chciałam tylko...
- Chciałaś tylko wymknąć się niepostrzeżenie i zostawić mnie bez słowa pożegnania - dokończył
- To wcale nie tak...
- A jak? Proszę, wytłumacz mi - błyskawicznie znalazł się przy mnie, używając swojej teleportacji. Nawet nie wysilił się, żeby nałożyć jakieś ubrania. Zaniemówiłam. Nie potrafiłam tego wyjaśnić, a on o tym doskonale wiedział.
- Nie sądzisz chyba,że uważam to co robiliśmy zeszłej nocy za tak niestosowne, że musiałabyś teraz uciekać ode mnie? - zapytał i zaczął powoli nachylać się ku mnie - Zwłaszcza, ze to było bardzo stosowne - szepnął mi do ucha a całe moje ciało zaczęło drzeć pod wpływem jego ciepłego oddechu. Nie pozwoliłam jednak sobie ulec.
- Chodzi o to, ze ja nie wiem czy to było stosowne - spojrzałam ze stanowczością w jego oczy. Natychmiast pojawiło się w nich rozbawienie, co mnie zirytowało.
- Nie zachowuj się tak, jakbyśmy mieli wrócić do tego co było przedtem.Chyba oboje tego nie chcemy.
- Skąd możesz wiedzieć czego chcę? - rozgniewanie w moim głosie było doskonale słyszalne, nawet nie starałam się go ukryć.
- Chcesz. Właśnie. Tego. - akcentował każde słowo powoli doprowadzając mnie do szału. Już miałam wybuchnąć, gdy Arthur położył obie dłonie na ścianie nie dając mi szansy na normalną ucieczkę. Przytulił głowę do mojej szyi i zaczął wodzić po niej ustami. Z początku poddawałam się tym pieszczotom, jednak szybko odzyskałam trzeźwość umysłu. Oparłam ręce na jego nagich piersiach i lekko odepchnęłam. Spojrzał na mnie z bólem w oczach.
- Arthur, proszę muszę pomyśleć - wyciągnął w moją stronę silne ręce - Musze pobyć sama - i natychmiast je opuścił.
- Będziesz analizować każdy szczegół minionej nocy? - spytał z łobuzerskim uśmiechem.
- Proszę... - posłałam mu przepraszające spojrzenie i zbiegłam po schodach na dół.
Gdy wsiadałam do samochodu, Arthur stał w drzwiach wejściowych, oparty o framugę i z tęsknotą patrzył jak wyjeżdżam z posesji.
Po cichu otworzyłam drzwi domu. Powiesiłam klucze na kółku. Natychmiast usłyszałam za sobą grzmiący głos Bryana:
- Gdzie ty do cholery byłaś całą noc?!
Zacisnęłam zęby i odparowałam.
- Po tym co zastałam poprzedniego wieczora, myślałam że chcesz się mnie pozbyć na noc.
- Andromeda! Nawet nie pozwoliłaś mi wytłumaczyć!
- Wydaję mi się, że tego nie trzeba było tłumaczyć - w końcu zebrałam się na odwagę i spojrzałam mu w oczy.
- Ja uważam inaczej. Proszę, An - rozłożył ręce w geście bezradności.
-Nie ma mowy - powiedziałam stanowczo - To mówiło samo za siebie.
Chciałam przedostać się do pokoju, lecz on zagrodził mi drogę i zamknął w swoim uścisku.
Posłuchaj - wyszeptał - An...
- Puść mnie, bo pożałujesz. Nie ręczę za siebie - wyrzuciłam przez zaciśnięte zęby.
- Jak tylko zgodzisz się mnie wysłuchać.
- Nie! - krzyknęłam - Uprzedzam, ze teleport w płomieniach jest bezpieczny dla mnie, ale co do ciebie...
- Nie zrobisz tego..
- Nie bądź taki pewien. Uprzedzam - ale on tylko zacieśnił uścisk. Bez zastanowienia teleportowałam się za jego plecy i pobiegłam na górę. Za plecami usłyszałam tylko cichy syk.
- Wpuść mnie An. Porozmawiajmy. - usłyszałam za drzwiami.
Właśnie wyciągnęłam torbę z szafy i spakowałam kilka najpotrzebniejszych rzeczy. Z irytacją rzuciłam do zamkniętych drzwi:
- Nie mamy o czym, Bryan. To koniec Wracaj do tej lali.
- Nie ma pojęcia o czym mówisz.
- Haha! Nie jestem ślepa. chcesz mi powiedzieć, że mi się przywidziało? - moja złość rosła z każdym wypowiadanym słowem.
- Oczywiście, że nie...
-Widzisz, problem z głowy - sięgnęłam do klamki i otworzyłam drzwi. Bryan o mało nie wpadł do środka. Widząc torbę w moim ręku powiedział:
- Co ty... Chyba się nie wyprowadzasz?
- A ty myślałeś, że zamieszkamy z tą zdzirą i utworzymy szczęśliwy trójkącik? . To źle myślałeś
Nie zdążył odpowiedzieć, bo mnie już nie było w pokoju. Siedziałam w samochodzie, zaciskając ręce na kierownicy i powstrzymując napływające do oczy łzy.
wtorek, 19 sierpnia 2014
Rozdział 67
Stałam zszokowana widokiem, który zastałam. Nie bardzo wiedziałam co o tym myśleć. Arthur też zdawał się być zaskoczony wizytą.
- Widzę, że przyszłam nie w porę. To cześć. - powiedziałam i odwróciłam się na pięcie. Chciałam opuścić to miejsce zanim dopadłyby mnie głupie wyjaśnienia.
- Nie wiem, co sobie pomyślałaś i, szczerze mówiąc, nie chcę wiedzieć. Może wejdziesz do środka a ja to wytłumaczę. - powiedział uśmiechając się niewinnie.
Co masz do stracenia, pomyślałam, lepsze to niż powrót do Bryana.
- No dobra. Tylko, proszę cię, nałóż coś na siebie. - chociaż możesz też zostać tak.
Arthur spuścił wzrok speszony. Wskazał ręką, abym weszła do środka.
- Rozgość się. Zaraz wracam.
Arthur zwinnie wskoczył na schody, prowadzące na górę. Rozejrzałam się dookoła i skierowałam się do kuchni. Siadłam na jednym z krzeseł i niecierpliwie zaczęłam stukać palcami o blat.
- Ach, tu jesteś - po chwili nieobecności dołączył Arthur, tym razem w kompletnym ubraniu. - Chcesz się czegoś napić?
- Nie, dzięki. No, miałeś mi coś do opowiedzenia.
- No więc - zaczął, zasiadając po drugiej stronie stołu - Julia z Roggerem i dzieckiem urządzili sobie małe wakacje. Pozwolili mi tu zamieszkać, póki nie znajdę sobie odpowiedniego lokum.
- Dopóki nie znajdziesz? Czekaj, przecież mieszkałeś na obrzeżach miasta, co się...
- Rozwiodłem się. A majątek trzeba było dzielić na pół.
- Byłeś żonaty?! - byłam nieco zaskoczona, Julia nic mi nie mówiła.
- Tak, niefortunne małżeństwo. Dosyć krótkie a raczej bardzo krótkie.
- Taa, coś o tym wiem - odrzekłam pochmurnie.
- Już nie jesteś z Bryanem? - spytał, a w jego głosie usłyszałam (a może i nie) nutę zaciekawienia.
- Jeszcze nie. Ale po dzisiejszym... Myślę, że to nie potrwa długo. - wzdrygnęłam się na myśl o tej wywłoce całującej Bryana.
- Widzisz, oboje nie mieliśmy szczęścia w pierwszym małżeństwie. - powiedział nieco zbyt wesoło - A mogło być zupełnie inaczej.
Nie byłam do końca pewna, co do intencji jego wypowiedzi. Czyżby po tylu latach rozłąki, nadal coś do mnie czuł? Ale co ważniejsze, czy ja też nadal go kochałam?
- Stara miłość nie rdzewieje. Ciekawe, czy nasza zardzewiała, co, Andromedo? Minęło tyle lat, zdaje się, jakby to było w innym życiu, a ja nadal nie wiem, co było tak silne, by zepsuć twoją miłość do mnie? Co było tak silne, żebyś to uczucie zastąpiła nienawiścią?
- Nigdy ciebie nie nienawidziłam. Byłam po prostu zbyt zraniona, by ci wybaczyć. - Albo zbyt dumna, pomyślałam.
- Zraniona? Czym cię uraziłem, kochana, czym? Moją walką o twe uczucia? Moją troską, byś zawsze kochała tylko mnie?
- I tu tkwi ten problem. Zawsze byłeś na tyle egoistyczny, iż sądziłeś, że moja miłość należy się tylko tobie. Traktowałeś mnie przedmiotowo, zresztą jak wszystkie dziewczyny. - powiedziałam zdenerwowana, nie chciałam rozdrapywać starych ran.
- Ale tu właśnie ty sprawiłaś, że przestałem się tak zachowywać. Nie traktowałem cię, jak mojej zdobyczy, tak jak wcześniejsze dziewczyny. Chciałem zasłużyć na tę miłość. Miałaś być moją ostaną miłością.
- Sądząc, po tym, że byłeś żonaty, było inaczej.
- Nie, zawsze nią pozostałaś. - Arthur spojrzał na mnie niepewnie.
Starałam się unikać jego wzroku. Usłyszałam za dużo, jak na dzisiaj, mi wystarczyło.
- An, nie odwracaj oczu. Spójrz na mnie i powiedz, że w twoim wypadku było inaczej i że już mnie nie kochasz. Tym razem zaakceptuje twoje uczucia. Straciłem zbyt wiele, by stracić nawet twoją przyjaźń.
Spojrzałam w jego piękne, szmaragdowe oczy. Nadal żyła w nich nadzieja. Nie chciałam, aby umarła.
- Wybacz Arthurze, ale nie mogę. Nie mogę powiedzieć, że cię już nie kocham. Nie mam zamiaru oszukiwać nas oboje. Nie masz pojęcia, ile ta moja miłość wytrwała. Serce mi pękało, za każdym razem, gdy cię widziałam. Pękało, bo nie mogłam na ciebie patrzeć, po tym jak mnie zraniłeś. Bolało, bo myślałam, że wyzbyłeś się tej miłości, a ja ci tego zazdrościłam.
- Andromedo, nie. Nigdy się jej nie pozbyłem. I nawet nie myślałem, żeby to zrobić. - chwycił moje drżące dłonie i zaczął je delikatnie całować. Po chwili wstał, ciągle trzymając mnie za ręce, zmuszając mnie również, abym wstała. Powoli, bez pośpiechu gładził mnie po policzku. Po chwili zbliżył twarz do mojej i lekko pocałował mnie w usta. Staliśmy, zbliżeni do siebie, pałający uczuciem, które nigdy nie zgasło. Później wziął mnie na ręce i zaniósł na górę. Weszliśmy do sypialni, ja nadal na jego rękach, mocno wtulona w jego tors. Słyszałam każde uderzenie jego serca, kryjącego się pod umięśnioną klatką piersiową, którą czułam przez cienki materiał. Arthur delikatnie położył mnie na miękkim łóżku.
- Widzę, że przyszłam nie w porę. To cześć. - powiedziałam i odwróciłam się na pięcie. Chciałam opuścić to miejsce zanim dopadłyby mnie głupie wyjaśnienia.
- Nie wiem, co sobie pomyślałaś i, szczerze mówiąc, nie chcę wiedzieć. Może wejdziesz do środka a ja to wytłumaczę. - powiedział uśmiechając się niewinnie.
Co masz do stracenia, pomyślałam, lepsze to niż powrót do Bryana.
- No dobra. Tylko, proszę cię, nałóż coś na siebie. - chociaż możesz też zostać tak.
Arthur spuścił wzrok speszony. Wskazał ręką, abym weszła do środka.
- Rozgość się. Zaraz wracam.
Arthur zwinnie wskoczył na schody, prowadzące na górę. Rozejrzałam się dookoła i skierowałam się do kuchni. Siadłam na jednym z krzeseł i niecierpliwie zaczęłam stukać palcami o blat.
- Ach, tu jesteś - po chwili nieobecności dołączył Arthur, tym razem w kompletnym ubraniu. - Chcesz się czegoś napić?
- Nie, dzięki. No, miałeś mi coś do opowiedzenia.
- No więc - zaczął, zasiadając po drugiej stronie stołu - Julia z Roggerem i dzieckiem urządzili sobie małe wakacje. Pozwolili mi tu zamieszkać, póki nie znajdę sobie odpowiedniego lokum.
- Dopóki nie znajdziesz? Czekaj, przecież mieszkałeś na obrzeżach miasta, co się...
- Rozwiodłem się. A majątek trzeba było dzielić na pół.
- Byłeś żonaty?! - byłam nieco zaskoczona, Julia nic mi nie mówiła.
- Tak, niefortunne małżeństwo. Dosyć krótkie a raczej bardzo krótkie.
- Taa, coś o tym wiem - odrzekłam pochmurnie.
- Już nie jesteś z Bryanem? - spytał, a w jego głosie usłyszałam (a może i nie) nutę zaciekawienia.
- Jeszcze nie. Ale po dzisiejszym... Myślę, że to nie potrwa długo. - wzdrygnęłam się na myśl o tej wywłoce całującej Bryana.
- Widzisz, oboje nie mieliśmy szczęścia w pierwszym małżeństwie. - powiedział nieco zbyt wesoło - A mogło być zupełnie inaczej.
Nie byłam do końca pewna, co do intencji jego wypowiedzi. Czyżby po tylu latach rozłąki, nadal coś do mnie czuł? Ale co ważniejsze, czy ja też nadal go kochałam?
- Stara miłość nie rdzewieje. Ciekawe, czy nasza zardzewiała, co, Andromedo? Minęło tyle lat, zdaje się, jakby to było w innym życiu, a ja nadal nie wiem, co było tak silne, by zepsuć twoją miłość do mnie? Co było tak silne, żebyś to uczucie zastąpiła nienawiścią?
- Nigdy ciebie nie nienawidziłam. Byłam po prostu zbyt zraniona, by ci wybaczyć. - Albo zbyt dumna, pomyślałam.
- Zraniona? Czym cię uraziłem, kochana, czym? Moją walką o twe uczucia? Moją troską, byś zawsze kochała tylko mnie?
- I tu tkwi ten problem. Zawsze byłeś na tyle egoistyczny, iż sądziłeś, że moja miłość należy się tylko tobie. Traktowałeś mnie przedmiotowo, zresztą jak wszystkie dziewczyny. - powiedziałam zdenerwowana, nie chciałam rozdrapywać starych ran.
- Ale tu właśnie ty sprawiłaś, że przestałem się tak zachowywać. Nie traktowałem cię, jak mojej zdobyczy, tak jak wcześniejsze dziewczyny. Chciałem zasłużyć na tę miłość. Miałaś być moją ostaną miłością.
- Sądząc, po tym, że byłeś żonaty, było inaczej.
- Nie, zawsze nią pozostałaś. - Arthur spojrzał na mnie niepewnie.
Starałam się unikać jego wzroku. Usłyszałam za dużo, jak na dzisiaj, mi wystarczyło.
- An, nie odwracaj oczu. Spójrz na mnie i powiedz, że w twoim wypadku było inaczej i że już mnie nie kochasz. Tym razem zaakceptuje twoje uczucia. Straciłem zbyt wiele, by stracić nawet twoją przyjaźń.
Spojrzałam w jego piękne, szmaragdowe oczy. Nadal żyła w nich nadzieja. Nie chciałam, aby umarła.
- Wybacz Arthurze, ale nie mogę. Nie mogę powiedzieć, że cię już nie kocham. Nie mam zamiaru oszukiwać nas oboje. Nie masz pojęcia, ile ta moja miłość wytrwała. Serce mi pękało, za każdym razem, gdy cię widziałam. Pękało, bo nie mogłam na ciebie patrzeć, po tym jak mnie zraniłeś. Bolało, bo myślałam, że wyzbyłeś się tej miłości, a ja ci tego zazdrościłam.
- Andromedo, nie. Nigdy się jej nie pozbyłem. I nawet nie myślałem, żeby to zrobić. - chwycił moje drżące dłonie i zaczął je delikatnie całować. Po chwili wstał, ciągle trzymając mnie za ręce, zmuszając mnie również, abym wstała. Powoli, bez pośpiechu gładził mnie po policzku. Po chwili zbliżył twarz do mojej i lekko pocałował mnie w usta. Staliśmy, zbliżeni do siebie, pałający uczuciem, które nigdy nie zgasło. Później wziął mnie na ręce i zaniósł na górę. Weszliśmy do sypialni, ja nadal na jego rękach, mocno wtulona w jego tors. Słyszałam każde uderzenie jego serca, kryjącego się pod umięśnioną klatką piersiową, którą czułam przez cienki materiał. Arthur delikatnie położył mnie na miękkim łóżku.
wtorek, 29 lipca 2014
Rozdział 66
Obudziłam się dość wcześnie rano, zważywszy na to, że wczoraj do późna świętowaliśmy drugą rocznicę ślubu. Obok mnie drzemał Bryan. Nie chcąc go budzić, po cichu zsunęłam się z łóżka, szybko nakładając leżącą obok koszulkę. Zeszłam po schodach na dół, do kuchni. Nastawiając wodę na herbatę zerknęłam na zegar wiszący na ścianie. Było troszkę po ósmej, do wyjścia do pracy miałam jeszcze sporo czasu. Oparłam się tyłem o blat, zastanawiając się co włożę dziś na siebie. Ze stanu zamyślenia wyrwał mnie gwizd czajnika. Zalałam herbatę i usiadłam za stołem delektując się doskonale znanym smakiem gorącego napoju. Niedługo potem wstał Bryan. Stanął w drzwiach kuchni i spojrzał na mnie zaspanym wzrokiem.
- Dzień dobry, kochanie. Jak się spało?
Podszedł do mnie i całując w czoło, wyszeptał:
- To myśmy w ogóle spali?
Uśmiechnęłam się pod nosem na myśl o minionej nocy.
- Dlaczego wstałaś tak wcześnie? - spytał siadając koło mnie z kubkiem kawy.
- Nie mogę przecież opuszczać pracy. Pieniądze same się nie zarobią. Nie wiem jak tobie, ale mi za ładne oczy nie płacą.
- Chcesz iść dzisiaj do pracy? Po wczorajszym późnym świętowaniu?
- A ty, ty nie idziesz? - powiedziałam podnosząc głowę znad książki, którą wzięłam przed chwilą z krzesła.
- Dzisiaj mam wolne.
- Pan domu zostaje sam? Tylko nie spraszaj tu żadnej panienki, jak mnie nie będzie. Wyczuję każdą na kilometr. - powiedziałam udając obrażoną.
- Jak na mnie nie wystarczy jedna. - zaśmiał się donośnie.
- Uważaj, grabisz sobie. - wstałam z krzesła, odłożyłam jeszcze ciepły po herbacie kubek do zlewu i poszłam na górę przyszykować się do pracy. Przed dziewiątą byłam gotowa. Gdy stałam jeszcze w holu przed lustrem dołączył do mnie Bryan. Objął mnie od tyłu i wtulił się w moje włosy.
- Zostań. Nie musisz dzisiaj iść. Nie chce, żebyś szła.
Obróciłam się twarzą do niego i pocałowałam go w usta.
- Muszę. Ale jak wrócę, jestem cała twoja.
Z wyraźną niechęcią puścił mnie, gdy powoli zaczynałam wyrywać się z jego uścisku.
- Biorę samochód. - powiedziałam i chwyciłam kluczyki wiszące koło lustra.
- Nie lepiej, żebyś użyła portalu?
- Może i lepiej, ale tej porze co ja kończy wielu pracowników. Będzie tłok.
- Jak uważasz, tylko jedź ostrożnie.
- Oczywiście. - uśmiechnęłam się i po raz ostatni go pocałowałam.
Godziny w pracy ciągnęły się w nieskończoność. Gdy doszła szesnasta, odetchnęłam z ulgą. Czułam się jakbym przesiedziała tam więcej niż te sześć godzin. Chciałam być już jak najszybciej w domu. Po drodze wstąpiłam jeszcze do sklepu, w domu brakowało wielu produktów. Już wpół do siedemnastej otwierałam drzwi do domu. Z dwiema rękami zajętymi siatkami z zakupami ruszyłam do kuchni. W drzwiach stanęłam zamurowana. W pomieszczeniu obok stołu siedział Bryan a po przeciwległej stronie stała jakaś kobieta, nachylając się nad stołem i całując mojego męża.
- Czy ja w niczym nie przeszkadzam?! - krzyknęłam zrzucając torby na podłogę.
- Andromeda? To nie tak jak myślisz! - Bryan zdążył się już oderwać od tej wywłoki i doskoczył do mnie - Zaczekaj, wszystko ci wytłumaczę.
- Nie ma czego tłumaczyć. Życzę dobrej dalszej zabawy. - rzuciłam w jego kierunku.
- An, kocha... - nie zdążyłam usłyszeć, co powiedział, bo teleportowałam się do samochodu. Drżącą ręką włożyłam kluczyki do stacyjki i wcisnęłam pedał gazu. Wyjechałam z podjazdu na główną ulicę z konkretnym celem podróży.
Zaparkowałam samochód na ulicy przed domem, mając nadzieję, że Julia wpuści mnie do środka. Siedziałam jeszcze przez chwilę, zastanawiając się czy dobrze robię. Dawno nie rozmawiałyśmy ze sobą. Po chwili namysłu zdecydowałam, że tam pójdę. W końcu to nie tylko dom Julii, ale i Roggera a on na pewno mnie wpuści. Szłam wąską ścieżką prowadzącą od furtki do drzwi oglądając po drodze otoczenie. Wiele zmieniło się od chwili, gdy byłam tu po raz ostatni. Julia zdążyła od tamtej pory wygospodarować miejsce na ogródek i na niewielki plac zabaw dla Remy. Po kilku minutach podziwiania wdrapywałam się na szklane schody prowadzące do domu. Niepewnie zapukałam do wielkich drzwi. Po chwili głębokiej ciszy drzwi się uchyliły. Zajrzałam do środka. Za progiem stał półnagi Arthur.
- Dzień dobry, kochanie. Jak się spało?
Podszedł do mnie i całując w czoło, wyszeptał:
- To myśmy w ogóle spali?
Uśmiechnęłam się pod nosem na myśl o minionej nocy.
- Dlaczego wstałaś tak wcześnie? - spytał siadając koło mnie z kubkiem kawy.
- Nie mogę przecież opuszczać pracy. Pieniądze same się nie zarobią. Nie wiem jak tobie, ale mi za ładne oczy nie płacą.
- Chcesz iść dzisiaj do pracy? Po wczorajszym późnym świętowaniu?
- A ty, ty nie idziesz? - powiedziałam podnosząc głowę znad książki, którą wzięłam przed chwilą z krzesła.
- Dzisiaj mam wolne.
- Pan domu zostaje sam? Tylko nie spraszaj tu żadnej panienki, jak mnie nie będzie. Wyczuję każdą na kilometr. - powiedziałam udając obrażoną.
- Jak na mnie nie wystarczy jedna. - zaśmiał się donośnie.
- Uważaj, grabisz sobie. - wstałam z krzesła, odłożyłam jeszcze ciepły po herbacie kubek do zlewu i poszłam na górę przyszykować się do pracy. Przed dziewiątą byłam gotowa. Gdy stałam jeszcze w holu przed lustrem dołączył do mnie Bryan. Objął mnie od tyłu i wtulił się w moje włosy.
- Zostań. Nie musisz dzisiaj iść. Nie chce, żebyś szła.
Obróciłam się twarzą do niego i pocałowałam go w usta.
- Muszę. Ale jak wrócę, jestem cała twoja.
Z wyraźną niechęcią puścił mnie, gdy powoli zaczynałam wyrywać się z jego uścisku.
- Biorę samochód. - powiedziałam i chwyciłam kluczyki wiszące koło lustra.
- Nie lepiej, żebyś użyła portalu?
- Może i lepiej, ale tej porze co ja kończy wielu pracowników. Będzie tłok.
- Jak uważasz, tylko jedź ostrożnie.
- Oczywiście. - uśmiechnęłam się i po raz ostatni go pocałowałam.
Godziny w pracy ciągnęły się w nieskończoność. Gdy doszła szesnasta, odetchnęłam z ulgą. Czułam się jakbym przesiedziała tam więcej niż te sześć godzin. Chciałam być już jak najszybciej w domu. Po drodze wstąpiłam jeszcze do sklepu, w domu brakowało wielu produktów. Już wpół do siedemnastej otwierałam drzwi do domu. Z dwiema rękami zajętymi siatkami z zakupami ruszyłam do kuchni. W drzwiach stanęłam zamurowana. W pomieszczeniu obok stołu siedział Bryan a po przeciwległej stronie stała jakaś kobieta, nachylając się nad stołem i całując mojego męża.
- Czy ja w niczym nie przeszkadzam?! - krzyknęłam zrzucając torby na podłogę.
- Andromeda? To nie tak jak myślisz! - Bryan zdążył się już oderwać od tej wywłoki i doskoczył do mnie - Zaczekaj, wszystko ci wytłumaczę.
- Nie ma czego tłumaczyć. Życzę dobrej dalszej zabawy. - rzuciłam w jego kierunku.
- An, kocha... - nie zdążyłam usłyszeć, co powiedział, bo teleportowałam się do samochodu. Drżącą ręką włożyłam kluczyki do stacyjki i wcisnęłam pedał gazu. Wyjechałam z podjazdu na główną ulicę z konkretnym celem podróży.
Zaparkowałam samochód na ulicy przed domem, mając nadzieję, że Julia wpuści mnie do środka. Siedziałam jeszcze przez chwilę, zastanawiając się czy dobrze robię. Dawno nie rozmawiałyśmy ze sobą. Po chwili namysłu zdecydowałam, że tam pójdę. W końcu to nie tylko dom Julii, ale i Roggera a on na pewno mnie wpuści. Szłam wąską ścieżką prowadzącą od furtki do drzwi oglądając po drodze otoczenie. Wiele zmieniło się od chwili, gdy byłam tu po raz ostatni. Julia zdążyła od tamtej pory wygospodarować miejsce na ogródek i na niewielki plac zabaw dla Remy. Po kilku minutach podziwiania wdrapywałam się na szklane schody prowadzące do domu. Niepewnie zapukałam do wielkich drzwi. Po chwili głębokiej ciszy drzwi się uchyliły. Zajrzałam do środka. Za progiem stał półnagi Arthur.
sobota, 19 lipca 2014
Rozdział 65
Nasze wesele zaplanowane było co do sekundy. Ceremonia miała odbyć się w drewnianym kościółku na wzgórzu nieopodal naszego rodzinnego miasta. Poczęstunek miał mieć miejsce w oddalonym niemalże o godzinę hotelu. Moi rodzice byli wniebowzięci. Jak to powiedział ojciec, Bryan był najlepszą partią jaką mogłam sobie wymarzyć. Nic w tym dziwnego, znali Bryana od dziecka. Zawsze uważali go za idealnego zięcia i, razem z rodzicami Bryana, naśmiewali się, że nasze małżeństwo było zaplanowane od chwili naszych narodzin. Na kilka godzin przed ślubem wpadł do mnie Julia i Harriet. Szczerze mówiąc, Julia ledwo co dała zaprosić się na uroczystość. Ciągle uważała, że Bryan to nie facet dla mnie i, że powinnam być z jej bratem. Ironio, jeszcze kilka lat temu wypominała mi, że spotykałam się z Arthurem. Z Harriet było inaczej. Cieszyła się moim szczęściem. I to było widać. Głównie ona pomagała mi ubierać się, podczas gdy Julia siedziała na parapecie i marudziła, dlaczego to trwa tak długo. Nienawidziłam jej za to. Byłam pewna, że to właśnie ona podniesie mnie na duchu i uspokoi przed tym ważnym dniem, tak jak zrobiłam to ja. Było mi przykro, że nie podzielała ona mojego entuzjazmu.
- Wielcy czarodzieje, jak można zakładać tak długo się ubierać? Przecież to nie średniowieczne i nie musisz zakładać pasa cnoty! Co w twoim przypadku byłoby zbędne. - żaliła się Julia.
- Słucham!?
- Byłoby szybciej jakbyś pomogła - załagodziła sytuację Harriet.
- Nie, wolę nie. Schną mi jeszcze paznokcie. - ceremonialne podniosła rękę do góry obserwując lakier zaschnięty już od dobrych paru godzin.
- Po cholerę tu w ogóle przyszłaś, księżniczko?! - nie wytrzymałam w końcu.
- No właśnie sama nie wiem?! Może żeby odwieść cię od idiotycznego planu poślubienia tego palanta?
- Więc przyszłaś nadaremno. Nie zmienię zdania, kocham Bryana i czy ci się to podoba czy nie, zostanie moim męże.m.
- Tylko żebyś nie płakała, jeśli cię rzuci dla młodszej i ładniejszej. Albo co gorsza, zamorduje jakiegoś biednego człowieka, który tylko na ciebie spojrzy!- tym Julia mnie dobiła.
- Ty wredna suko! Cieszyła byś się gdyby tak się stało, co?! Ty potrafisz zrujnować komuś życie! Ale to u was rodzinne!
- Nie wiem po co tu w ogóle przyszłam. Myślałam, że masz chociaż odrobinę rozumu i posłuchasz mnie. Ale widzę, że jesteś tak samo głupia jak on! - wychodząc, Julia trzasnęła drzwiami.
- Nie przejmuj się nią, ona tak reaguje, bo zraniłaś jej brata. I jeszcze opieka nad dzieckiem. Od dłuższego czasu chodziła niespokojna. Przejdzie jej. - dopiero teraz odezwała się Harriet.
- Nie wierzę, i ty jej jeszcze bronisz? Nie pomyślałaś może, że to ja powinnam czuć się zdradzona? To Arthur skrzywdził mnie, a nie ją.
- Wiesz, jak jest. Rogger też nie ma lekko. Od dnia porodu to już nie jest ta sama Julia, która znałyśmy.
- Może masz rację. - podeszłam do lustra i przejrzałam się. Sukienka leżała idealnie. Przez chwilę myślałam, że Julia zaraz wróci, pogadamy i wszystko będzie jak dawniej, ale usłyszałam tylko odgłos odjeżdżającego samochodu.
- Halo, jest tu kto? - drzwi otworzyły się i zajrzała przez nie głowa Roggera - Szukam pięknej panny młodej. Podobno tu ją znajdę.
- Rogger, co ty tu robisz? Nie powinieneś być z Julią? - odezwała się Harriet.
- No właśnie, Julia. Źle się poczuła i pojechała do domu. Pewnie wróci trochę później. A tym czasem, mogę chwilę pobyć z niezamężną jeszcze pięknością?. Niedługo, niestety, już nie będziesz wolna.
- Będę niż bardziej zajęta niż ty - spochmurniałam - No już dobra, żartuję. Chodź tu, ty żonaty przystojniaku.
Przytuliłam się do Roggera z całej siły. Nie pamiętam kiedy ostatnio byliśmy tak blisko. Rogger ciągle był zajęty pracą, Julią, dzieckiem. Nie miał czasu na przyjaciół. Było mu ciężko, chociaż nigdy się nie skarżył. Widziałam to w jego zaspanych oczach, które nie pałały już tak entuzjazmem, jak przed laty. W jego zmęczonej twarzy, chociaż nadal przystojnej, przyznaję. Jeszcze przez chwilę wdychałam słodki zapach jego perfum i oderwałam się od niego.
- Wyglądasz naprawdę przepięknie. Bryan jest niezłym szczęściarzem.
Julia miała wrócić i wróciła. Jednak nadal posępna, nie odezwała się do mnie słowem, nie licząc życzeń. Pojawił się ktoś jeszcze. Ktoś kto nie dostał zaproszenia... Arthur. Złapał mnie, gdy szłam do łazienki się odświeżyć. Przycisnął mnie do siebie i szepnął na ucho:
- Wyglądasz przepięknie. Szkoda tylko, że to nie mi ślubowałaś w kościele.
Otworzył moją zaciśniętą dłoń i włożył do niej jakieś zawiniątko.
- Wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia. - powiedział jeszcze i odszedł. A ostanie, co widziałam w jego oczach, to nieopisana rozpacz.
- Wielcy czarodzieje, jak można zakładać tak długo się ubierać? Przecież to nie średniowieczne i nie musisz zakładać pasa cnoty! Co w twoim przypadku byłoby zbędne. - żaliła się Julia.
- Słucham!?
- Byłoby szybciej jakbyś pomogła - załagodziła sytuację Harriet.
- Nie, wolę nie. Schną mi jeszcze paznokcie. - ceremonialne podniosła rękę do góry obserwując lakier zaschnięty już od dobrych paru godzin.
- Po cholerę tu w ogóle przyszłaś, księżniczko?! - nie wytrzymałam w końcu.
- No właśnie sama nie wiem?! Może żeby odwieść cię od idiotycznego planu poślubienia tego palanta?
- Więc przyszłaś nadaremno. Nie zmienię zdania, kocham Bryana i czy ci się to podoba czy nie, zostanie moim męże.m.
- Tylko żebyś nie płakała, jeśli cię rzuci dla młodszej i ładniejszej. Albo co gorsza, zamorduje jakiegoś biednego człowieka, który tylko na ciebie spojrzy!- tym Julia mnie dobiła.
- Ty wredna suko! Cieszyła byś się gdyby tak się stało, co?! Ty potrafisz zrujnować komuś życie! Ale to u was rodzinne!
- Nie wiem po co tu w ogóle przyszłam. Myślałam, że masz chociaż odrobinę rozumu i posłuchasz mnie. Ale widzę, że jesteś tak samo głupia jak on! - wychodząc, Julia trzasnęła drzwiami.
- Nie przejmuj się nią, ona tak reaguje, bo zraniłaś jej brata. I jeszcze opieka nad dzieckiem. Od dłuższego czasu chodziła niespokojna. Przejdzie jej. - dopiero teraz odezwała się Harriet.
- Nie wierzę, i ty jej jeszcze bronisz? Nie pomyślałaś może, że to ja powinnam czuć się zdradzona? To Arthur skrzywdził mnie, a nie ją.
- Wiesz, jak jest. Rogger też nie ma lekko. Od dnia porodu to już nie jest ta sama Julia, która znałyśmy.
- Może masz rację. - podeszłam do lustra i przejrzałam się. Sukienka leżała idealnie. Przez chwilę myślałam, że Julia zaraz wróci, pogadamy i wszystko będzie jak dawniej, ale usłyszałam tylko odgłos odjeżdżającego samochodu.
- Halo, jest tu kto? - drzwi otworzyły się i zajrzała przez nie głowa Roggera - Szukam pięknej panny młodej. Podobno tu ją znajdę.
- Rogger, co ty tu robisz? Nie powinieneś być z Julią? - odezwała się Harriet.
- No właśnie, Julia. Źle się poczuła i pojechała do domu. Pewnie wróci trochę później. A tym czasem, mogę chwilę pobyć z niezamężną jeszcze pięknością?. Niedługo, niestety, już nie będziesz wolna.
- Będę niż bardziej zajęta niż ty - spochmurniałam - No już dobra, żartuję. Chodź tu, ty żonaty przystojniaku.
Przytuliłam się do Roggera z całej siły. Nie pamiętam kiedy ostatnio byliśmy tak blisko. Rogger ciągle był zajęty pracą, Julią, dzieckiem. Nie miał czasu na przyjaciół. Było mu ciężko, chociaż nigdy się nie skarżył. Widziałam to w jego zaspanych oczach, które nie pałały już tak entuzjazmem, jak przed laty. W jego zmęczonej twarzy, chociaż nadal przystojnej, przyznaję. Jeszcze przez chwilę wdychałam słodki zapach jego perfum i oderwałam się od niego.
- Wyglądasz naprawdę przepięknie. Bryan jest niezłym szczęściarzem.
Julia miała wrócić i wróciła. Jednak nadal posępna, nie odezwała się do mnie słowem, nie licząc życzeń. Pojawił się ktoś jeszcze. Ktoś kto nie dostał zaproszenia... Arthur. Złapał mnie, gdy szłam do łazienki się odświeżyć. Przycisnął mnie do siebie i szepnął na ucho:
- Wyglądasz przepięknie. Szkoda tylko, że to nie mi ślubowałaś w kościele.
Otworzył moją zaciśniętą dłoń i włożył do niej jakieś zawiniątko.
- Wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia. - powiedział jeszcze i odszedł. A ostanie, co widziałam w jego oczach, to nieopisana rozpacz.
niedziela, 6 kwietnia 2014
Rozdział 64
Dnia 26 czerwca na świat przyszła córeczka Julii i Roggera, Remy Lisa. Była ona oczkiem w głowie dla wniebowziętych młodych rodziców. Julia strasznie przejmowała się porodem. Przecież miała dopiero osiemnaście lat, co było dla mnie najgorszym wiekiem do zakładania rodziny. Nie mogła pozwolić sobie na żadne głupoty, musiała ciągle zajmować się dzieckiem. Jednak ta kruszynka, jej piękne błękitne oczka, jej maleńkie rączki, wynagradzały Julii całe jej poświęcenie.
Zbliżały się moje urodziny. Pomiędzy mną a Bryanem układało się coraz lepiej. Przy nim czułam się kochana, i też tak czułam. Bryan był dla mnie całym światem. Nie wyobrażałam sobie życia z kimś innym. Jedenastego lipca zapakowaliśmy się z do samochodu. Uważałam, że używanie takie środka transportu było dość dziwaczne, ale Bryan się uparł. A jak nauczyło mnie te kilkanaście lat znajomości, z nim lepiej się nie kłócić. Tak więc, jechaliśmy autostradą poza teren miasta. Nasza podróż trwała kilka godzin, gdy wreszcie Bryan zatrzymał samochód. Wysiedliśmy i zabraliśmy plecaki z bagażnika. Stałam oparta o samochód i czekałam aż powie co dalej.
- Teraz trochę pospacerujemy. - powiedział z uroczym uśmiechem na twarzy i ruszył przed siebie. Nie poruszałam się jeszcze przez chwilę i obserwowałam jak spodnie Bryana z każdym krokiem układały się na jego zgrabnym tyłku. Opuściłam głowę i uśmiechnęłam się pod nosem. Zapowiadał się piękny dzień. Całą drogę do celu naszego spaceru byłam uśmiechnięta. Szliśmy stromymi ścieżkami wśród półek skalnych. Niejednokrotnie moje buty ślizgały się na mokrej powierzchni, ale wtedy Bryan ratował mnie przed upadkiem. Odwdzięczałam mu się słodkim uśmieszkiem lub całusem policzek. Po godzinie wyczerpującego marszu zatrzymaliśmy się na polanie. Bryan rozłożył koc w cieniu drzew i wyciągnął z plecaka prowiant. Usiadłam na posłaniu. Ściągnęłam buty i rozmasowałam obolałe stopy. Czując, że chłopak mnie obserwuje, powiedziałam
- Wisisz mi dzień w jakimś ekskluzywnym spa, albo chociaż masaż, za tę mordęgę.
- Jeszcze nie koniec, to dopiero połowa naszej drogi - uśmiechnął się do mnie.
- A nie mogliśmy się tak po prostu teleportować? Nie po to mam te moce, żeby utrzymywać je w ukryciu.
- Gdybyśmy tak zrobili, nie było by niespodzianki. A poza tym, nie mogliśmy przegapić takich widoków - Bryan chwycił mnie za podbródek i skierował moją głowę w stronę lasu. Obok drzew, wśród liści stała gromada dzikich koni. Nagle coś je spłoszyło i zaczęły galopować na drugą stronę polany. Ten widok zaparł mi dech w piersiach i zrozumiałam dlaczego tak postąpił. Piękno stada galopujących koni jest niedopisania. Po lekkim posiłku położyłam się na kocu i zaczęłam obserwować niebo. Bryan zrobił to samo. Czułam ciepło jego ciała i słyszałam jego oddech. Chwyciłam go za rękę i leżeliśmy w bezruchu przez kilka minut. Potem przyszedł czas na dalszy marsz. Bryan szedł przodem. Trasa prowadziła przez gęsty las i bałam się, że się zgubimy. Mogłam mieć tylko nadzieję, że on zna tę okolicę. Przez dwadzieścia minut przedzieraliśmy się przez gąszcz i w końcu wyszliśmy na kolejną polanę. Naprzeciw nas, znajdowało się dość wysokie wzniesienie.
- Już niedługo. Tylko miniemy to i jesteśmy na miejscu.
Bez nawet jednego jęknięcia szłam za Bryanem. Nagle, nie wiem już po ilu minutach marszu, Bryan zatrzymał się. Wyjrzałam zza jego pleców. Moim oczom ukazał się niewielki wodospad, z którego woda spływała do niewielkiego jeziora u podnóża góry. Bryan zrzucił z pleców bagaż i ściągnął koszulę. Jego nagi, umięśniony tors, pokrywał się kropelkami potu. Odwrócił się w moją stronę i wyciągnął ku mnie rękę. Zachęcona jego gestem, zaczęłam ściągać koszulę. Gdy zostałam tylko w staniku, podałam mu rękę a on pociągnął mnie w stronę chłodnej wody. Zanurzyliśmy się do pasa w rześkiej wodzie. Bryan popatrzył na mnie z czułością.
- Wszystkiego najlepszego. A teraz, zamknij oczy.
Zrobiłam jak kazał. Poczułam jak jego ręka chwyta moją. Coś zimnego dotknęło mojej skóry . Otworzyłam oczy. Na moim palcu widniał pierścionek.
- Andromedo, miłości mego życia, uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją żoną?
Ze łzami w oczach rzuciłam się mu na szyję. Tuliłam go najmocniej jak tylko mogłam. W końcu nasze usta splotły się w pocałunku a ciała przylgnęły do siebie mocniej. W miłosnym szale zapomnieliśmy o otaczającym nas świecie. Pragnęliśmy tylko jednego...
Zbliżały się moje urodziny. Pomiędzy mną a Bryanem układało się coraz lepiej. Przy nim czułam się kochana, i też tak czułam. Bryan był dla mnie całym światem. Nie wyobrażałam sobie życia z kimś innym. Jedenastego lipca zapakowaliśmy się z do samochodu. Uważałam, że używanie takie środka transportu było dość dziwaczne, ale Bryan się uparł. A jak nauczyło mnie te kilkanaście lat znajomości, z nim lepiej się nie kłócić. Tak więc, jechaliśmy autostradą poza teren miasta. Nasza podróż trwała kilka godzin, gdy wreszcie Bryan zatrzymał samochód. Wysiedliśmy i zabraliśmy plecaki z bagażnika. Stałam oparta o samochód i czekałam aż powie co dalej.
- Teraz trochę pospacerujemy. - powiedział z uroczym uśmiechem na twarzy i ruszył przed siebie. Nie poruszałam się jeszcze przez chwilę i obserwowałam jak spodnie Bryana z każdym krokiem układały się na jego zgrabnym tyłku. Opuściłam głowę i uśmiechnęłam się pod nosem. Zapowiadał się piękny dzień. Całą drogę do celu naszego spaceru byłam uśmiechnięta. Szliśmy stromymi ścieżkami wśród półek skalnych. Niejednokrotnie moje buty ślizgały się na mokrej powierzchni, ale wtedy Bryan ratował mnie przed upadkiem. Odwdzięczałam mu się słodkim uśmieszkiem lub całusem policzek. Po godzinie wyczerpującego marszu zatrzymaliśmy się na polanie. Bryan rozłożył koc w cieniu drzew i wyciągnął z plecaka prowiant. Usiadłam na posłaniu. Ściągnęłam buty i rozmasowałam obolałe stopy. Czując, że chłopak mnie obserwuje, powiedziałam
- Wisisz mi dzień w jakimś ekskluzywnym spa, albo chociaż masaż, za tę mordęgę.
- Jeszcze nie koniec, to dopiero połowa naszej drogi - uśmiechnął się do mnie.
- A nie mogliśmy się tak po prostu teleportować? Nie po to mam te moce, żeby utrzymywać je w ukryciu.
- Gdybyśmy tak zrobili, nie było by niespodzianki. A poza tym, nie mogliśmy przegapić takich widoków - Bryan chwycił mnie za podbródek i skierował moją głowę w stronę lasu. Obok drzew, wśród liści stała gromada dzikich koni. Nagle coś je spłoszyło i zaczęły galopować na drugą stronę polany. Ten widok zaparł mi dech w piersiach i zrozumiałam dlaczego tak postąpił. Piękno stada galopujących koni jest niedopisania. Po lekkim posiłku położyłam się na kocu i zaczęłam obserwować niebo. Bryan zrobił to samo. Czułam ciepło jego ciała i słyszałam jego oddech. Chwyciłam go za rękę i leżeliśmy w bezruchu przez kilka minut. Potem przyszedł czas na dalszy marsz. Bryan szedł przodem. Trasa prowadziła przez gęsty las i bałam się, że się zgubimy. Mogłam mieć tylko nadzieję, że on zna tę okolicę. Przez dwadzieścia minut przedzieraliśmy się przez gąszcz i w końcu wyszliśmy na kolejną polanę. Naprzeciw nas, znajdowało się dość wysokie wzniesienie.
- Już niedługo. Tylko miniemy to i jesteśmy na miejscu.
Bez nawet jednego jęknięcia szłam za Bryanem. Nagle, nie wiem już po ilu minutach marszu, Bryan zatrzymał się. Wyjrzałam zza jego pleców. Moim oczom ukazał się niewielki wodospad, z którego woda spływała do niewielkiego jeziora u podnóża góry. Bryan zrzucił z pleców bagaż i ściągnął koszulę. Jego nagi, umięśniony tors, pokrywał się kropelkami potu. Odwrócił się w moją stronę i wyciągnął ku mnie rękę. Zachęcona jego gestem, zaczęłam ściągać koszulę. Gdy zostałam tylko w staniku, podałam mu rękę a on pociągnął mnie w stronę chłodnej wody. Zanurzyliśmy się do pasa w rześkiej wodzie. Bryan popatrzył na mnie z czułością.
- Wszystkiego najlepszego. A teraz, zamknij oczy.
Zrobiłam jak kazał. Poczułam jak jego ręka chwyta moją. Coś zimnego dotknęło mojej skóry . Otworzyłam oczy. Na moim palcu widniał pierścionek.
- Andromedo, miłości mego życia, uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją żoną?
Ze łzami w oczach rzuciłam się mu na szyję. Tuliłam go najmocniej jak tylko mogłam. W końcu nasze usta splotły się w pocałunku a ciała przylgnęły do siebie mocniej. W miłosnym szale zapomnieliśmy o otaczającym nas świecie. Pragnęliśmy tylko jednego...
niedziela, 23 marca 2014
Rozdział 63
Mijały tygodnie. Wszystko zaczęło się powoli układać. Sprawa z Bryanem została wyjaśniona. Arthur nie wniósł zarzutów wobec niego. Julia właśnie wchodziła w trzeci miesiąc ciąży i obawiała się o swój wygląd. Chciała wyjść za mąż przed porodem, żeby zachwycać swoją urodą i sylwetką. I stało się. Rogger oświadczył się Julii. Opowiedziała mi wszystko dokładnie. Na początku pojechali pociągiem do Paryża. A tam, na samym szczycie wieży Eiffela, Rogger zadał jej pytanie na które czekała od miesięcy. Nieubłaganie zbliżał się najszczęśliwszy dzień w życiu Julii.
Obudziłam się w pokoju razem z Julią i Harriet. Noga Harriet uciskała mój brzuch a łokieć Julii wbijał mi się w bok. Spałyśmy na jednym łóżku pierwszy raz nie pamiętam od jak dawna. Poprzedniego dnia nieco zaszalałyśmy na wieczorze panieńskim, ale mając na myśli szaleństwo nie mówiłam o alkoholu (zważając na stan Julii). Zegar na ścianie wskazywał 8.50. Nie wiedziałam, dlaczego obudziłam się tak rano i to w pełni wypoczęta, zwłaszcza że nie położyłyśmy się spać zbyt wcześnie. Delikatnie, aby nie obudzić śpiących królewien, zabrałam z siebie ich części ciała i poszłam do łazienki. Dom Julii i Roggera był przytulny i przejrzysty. Dostali go w prezencie od rodziców obydwojga. W łazience, w której byłam, widać było rękę matki Roggera. Margaret, matka wybranka Julii, miała smykałkę do projektowania i urządzania wnętrz. Dlatego zajęła się przyziemną pracą i nie wybrała zajęcia w typowo nadnaturalnym charakterze jaki zazwyczaj wybierali czarodzieje. Kochała to, co robiła. Po kilku minutach doprowadzania się do porządku, do pomieszczenia weszła Julia. Ale nie wyglądała jak ja, potargane włosy, zaspane spojrzenie, tylko promieniała radością i spokojem. Nie wiedziałam, czy tak wpływa na nią ciąża czy fakt, że niedługo zwiąże się z mężczyzną swoich marzeń. Uśmiechnęłam się do niej w lustrze i powróciłam do rozczesywania włosów. Odpowiedziała mi tym samym. Zawiązała włosy w kok i zaczęła wcierać krem nawilżający w swoje dłonie. Kiedy jej koszulka nieznacznie uniosła się do góry, gdy odstawiała krem na półkę, zauważyłam jej zaokrąglony brzuszek. Uśmiechnęłam się pod nosem, zastanawiając się, kiedy mi przyjdzie nosić w sobie nowe życie.
- Nigdy w życiu ubieranie się nie zajmowało mi aż tyle czasu - powiedziała wzburzona Julia.
- Bo jeszcze nigdy w życiu nie wychodziłaś za mąż - skomentowała Harriet.
Dochodziła 16 i powoli zbliżała się godzina ślubu Julii. Harriet i ja pomagałyśmy pannie młodej przygotować się na tę chwilę. Julia stała przed lustrem w bieliźnie a ja wiązałam jej sznurki od gorsetu. Harriet szperała w szufladzie szukając podwiązki. Niedawno wróciłyśmy z salonu piękności i wyglądałyśmy jak boginie. Oczywiście, Julia wyglądała najlepiej. W końcu nie mogłam pozwolić, żeby uroda moja lub Harriet przyćmiła przyszłą panią Longriver. (hahahahahahahahah)
- Jesteś pewna, że akurat do tej szuflady ją wrzuciłaś co, An?
- Daj mi poszukać, a ty chodź wiązać ten gorset, bo ja nie mam cierpliwości. - powiedziałam i zostawiłam sznurki w spokoju.
Chwilę poszperałam w szufladzie i znalazłam, to czego tak natarczywie szukała Harriet. Pomachałam jej przed nosem materiałem i odłożyłam na półkę obok lustra. Harriet zdążyła już zasznurować gorset i Julia nakładała już białe rajstopy. Wreszcie przyszła pora na suknię ślubną. Z łatwością pomogłyśmy jej założyć strój. Kiedy Julia była już gotowa, stanęłyśmy przed lustrem i podziwiałyśmy efekt. Pozostałyśmy w bezruchu jeszcze chwilę, a później zostawiłyśmy Julię i same poszłyśmy się przygotowywać.
Słońce świeciło od rana, jakby od początku było przygotowane na ten dzień. Nic nie był w stanie zepsuć ślubu. Julia wyglądała jak księżniczka. Cieszyłam się jej szczęściem. Humor zepsuł mi jedynie widok Arthura. Nadal pamiętałam jego bolesne słowa. Jednak dzięki Bryanowi czułam się zdecydowanie lepiej. Arthur też jakby zapomniał o mnie i cały czas tulił się do dziewczyny z którą przyszedł. Julia jak na złość posadziła mnie i Bryana obok niego. Musiałam znosić opowiastki jego dziewczyny, Lily. Cały czas paplała jaki to Arthur jest wspaniały, jaki cudowny. A ja tylko się uśmiechałam grzecznie i myślałam "Zamknij się w końcu suko." Otuchy dodawała mi jedynie obecność ukochanego. Udało się w końcu wyrwać z towarzystwa Arthura i Lily. Musiałam zostawić z nimi Bryana. Jego wzrok błagał mnie o litość, ale on dobrze wiedział, że mu wynagrodzę to poświęcenie. Siedziałam na ławce w altance i dziękowałam za chwilę spokoju. Dołączył do mnie Arthur. Jakby nie miał miejsca do siedzenia nigdzie indziej tylko tu.
- A gdzie twoja partnerka? Nie sądziłam, że potrafi cokolwiek zrobić bez ciebie. Myślałam, że nawet w łazience potrzebuje byś z nią był i trzymał za rączkę.
- Ty to jesteś jednak suka.
- Co ty taki oszczędny w słowach? Słyszałam od ciebie gorsze rzeczy o sobie. - skomentowałam.
- Wolę nie strzępić języka na kogoś takiego jak ty. - odparował Arthur. Zrobił się z niego niezły dupek. Nie żeby wcześniej nim nie był.
- Jak ja? A ta pusta lalunia? Nibym w czym jest ode mnie lepsza? Nie powiesz, że jest inteligentniejsza, bo na taką na pewno nie wygląda.
- Wcale jej nie znasz, a już ją oceniasz. Ale czego można było się spodziewać po dziewczynie mordercy.
- Ty lepiej pilnuj swojej dziewczyny, a nie obcej się czepiasz. Ale takiej jak ona, to nie upilnujesz. Pewnie pół miasta już ją dymało. - powiedziałam i odeszłam od Arthura z triumfalnym uśmieszkiem na twarzy.
A Julia i Rogger tego dnia wyglądali jak z bajki.
Obudziłam się w pokoju razem z Julią i Harriet. Noga Harriet uciskała mój brzuch a łokieć Julii wbijał mi się w bok. Spałyśmy na jednym łóżku pierwszy raz nie pamiętam od jak dawna. Poprzedniego dnia nieco zaszalałyśmy na wieczorze panieńskim, ale mając na myśli szaleństwo nie mówiłam o alkoholu (zważając na stan Julii). Zegar na ścianie wskazywał 8.50. Nie wiedziałam, dlaczego obudziłam się tak rano i to w pełni wypoczęta, zwłaszcza że nie położyłyśmy się spać zbyt wcześnie. Delikatnie, aby nie obudzić śpiących królewien, zabrałam z siebie ich części ciała i poszłam do łazienki. Dom Julii i Roggera był przytulny i przejrzysty. Dostali go w prezencie od rodziców obydwojga. W łazience, w której byłam, widać było rękę matki Roggera. Margaret, matka wybranka Julii, miała smykałkę do projektowania i urządzania wnętrz. Dlatego zajęła się przyziemną pracą i nie wybrała zajęcia w typowo nadnaturalnym charakterze jaki zazwyczaj wybierali czarodzieje. Kochała to, co robiła. Po kilku minutach doprowadzania się do porządku, do pomieszczenia weszła Julia. Ale nie wyglądała jak ja, potargane włosy, zaspane spojrzenie, tylko promieniała radością i spokojem. Nie wiedziałam, czy tak wpływa na nią ciąża czy fakt, że niedługo zwiąże się z mężczyzną swoich marzeń. Uśmiechnęłam się do niej w lustrze i powróciłam do rozczesywania włosów. Odpowiedziała mi tym samym. Zawiązała włosy w kok i zaczęła wcierać krem nawilżający w swoje dłonie. Kiedy jej koszulka nieznacznie uniosła się do góry, gdy odstawiała krem na półkę, zauważyłam jej zaokrąglony brzuszek. Uśmiechnęłam się pod nosem, zastanawiając się, kiedy mi przyjdzie nosić w sobie nowe życie.
- Nigdy w życiu ubieranie się nie zajmowało mi aż tyle czasu - powiedziała wzburzona Julia.
- Bo jeszcze nigdy w życiu nie wychodziłaś za mąż - skomentowała Harriet.
Dochodziła 16 i powoli zbliżała się godzina ślubu Julii. Harriet i ja pomagałyśmy pannie młodej przygotować się na tę chwilę. Julia stała przed lustrem w bieliźnie a ja wiązałam jej sznurki od gorsetu. Harriet szperała w szufladzie szukając podwiązki. Niedawno wróciłyśmy z salonu piękności i wyglądałyśmy jak boginie. Oczywiście, Julia wyglądała najlepiej. W końcu nie mogłam pozwolić, żeby uroda moja lub Harriet przyćmiła przyszłą panią Longriver. (hahahahahahahahah)
- Jesteś pewna, że akurat do tej szuflady ją wrzuciłaś co, An?
- Daj mi poszukać, a ty chodź wiązać ten gorset, bo ja nie mam cierpliwości. - powiedziałam i zostawiłam sznurki w spokoju.
Chwilę poszperałam w szufladzie i znalazłam, to czego tak natarczywie szukała Harriet. Pomachałam jej przed nosem materiałem i odłożyłam na półkę obok lustra. Harriet zdążyła już zasznurować gorset i Julia nakładała już białe rajstopy. Wreszcie przyszła pora na suknię ślubną. Z łatwością pomogłyśmy jej założyć strój. Kiedy Julia była już gotowa, stanęłyśmy przed lustrem i podziwiałyśmy efekt. Pozostałyśmy w bezruchu jeszcze chwilę, a później zostawiłyśmy Julię i same poszłyśmy się przygotowywać.
Słońce świeciło od rana, jakby od początku było przygotowane na ten dzień. Nic nie był w stanie zepsuć ślubu. Julia wyglądała jak księżniczka. Cieszyłam się jej szczęściem. Humor zepsuł mi jedynie widok Arthura. Nadal pamiętałam jego bolesne słowa. Jednak dzięki Bryanowi czułam się zdecydowanie lepiej. Arthur też jakby zapomniał o mnie i cały czas tulił się do dziewczyny z którą przyszedł. Julia jak na złość posadziła mnie i Bryana obok niego. Musiałam znosić opowiastki jego dziewczyny, Lily. Cały czas paplała jaki to Arthur jest wspaniały, jaki cudowny. A ja tylko się uśmiechałam grzecznie i myślałam "Zamknij się w końcu suko." Otuchy dodawała mi jedynie obecność ukochanego. Udało się w końcu wyrwać z towarzystwa Arthura i Lily. Musiałam zostawić z nimi Bryana. Jego wzrok błagał mnie o litość, ale on dobrze wiedział, że mu wynagrodzę to poświęcenie. Siedziałam na ławce w altance i dziękowałam za chwilę spokoju. Dołączył do mnie Arthur. Jakby nie miał miejsca do siedzenia nigdzie indziej tylko tu.
- A gdzie twoja partnerka? Nie sądziłam, że potrafi cokolwiek zrobić bez ciebie. Myślałam, że nawet w łazience potrzebuje byś z nią był i trzymał za rączkę.
- Ty to jesteś jednak suka.
- Co ty taki oszczędny w słowach? Słyszałam od ciebie gorsze rzeczy o sobie. - skomentowałam.
- Wolę nie strzępić języka na kogoś takiego jak ty. - odparował Arthur. Zrobił się z niego niezły dupek. Nie żeby wcześniej nim nie był.
- Jak ja? A ta pusta lalunia? Nibym w czym jest ode mnie lepsza? Nie powiesz, że jest inteligentniejsza, bo na taką na pewno nie wygląda.
- Wcale jej nie znasz, a już ją oceniasz. Ale czego można było się spodziewać po dziewczynie mordercy.
- Ty lepiej pilnuj swojej dziewczyny, a nie obcej się czepiasz. Ale takiej jak ona, to nie upilnujesz. Pewnie pół miasta już ją dymało. - powiedziałam i odeszłam od Arthura z triumfalnym uśmieszkiem na twarzy.
A Julia i Rogger tego dnia wyglądali jak z bajki.
piątek, 14 marca 2014
Rozdział 62
Jeszcze chwilę siedziałam na łóżku trzymając w drżących dłoniach słuchawkę telefonu. Ktoś lekko dotknął mojego ramienia. Odwróciłam się i zobaczyłam niezaspokojone spojrzenie Arthura. Nie wytrzymywałam jego spojrzenia na sobie, więc nie patrzyłam na jego twarz. Wbiłam wzrok w jego tors, odsłonięty przez rozpiętą koszulę, poruszający się energicznie z każdym wdechem i wydechem. Nie było to najlepszym pomysłem. Właśnie zdradziłam mu jak bardzo mi go brakuje. Przez długą chwilę nie mogłam wydobyć z siebie słowa. Arthur, coraz bardziej zaniepokojony, złapał mnie w pasie i wtulił się w moje potargane włosy. Czułam ciepło jego oddechu na karku. Boże, jak bardzo pragnęłam, aby mnie pocałował. I Rover, jakby czytając w moich myślach, delikatnie zaczął całować moją szyję. Odwróciłam się, a on zaprzestał. Spojrzałam mu w oczy i już miałam powiedzieć mu o telefonie, kiedy jego wargi spoczęły na moich. W przypływie emocji, odwzajemniłam jego pocałunki. Nagle, uderzona jakby przez piorun, który przywrócił mi trzeźwe myślenie, teleportowałam się w płomieniach na przeciwległy kąt pokoju. Arthur, zaskoczony moją nieobecnością w jego objęciach, spojrzał na mnie wyczekująco.
- Arthur, wybacz mi,ale tak nie można. Jak tak nie mogę - dodałam twardo.
- Rozumiem, nadal się wściekasz za to w szpitalu, ale to już przeszłość. Przeprosiłem cię przecież. Nawet nie masz pojęcia, jak cię pragnę. - powiedział i w sekundzie pojawił się przede mną. Czułam chłód jego skóry, pozostały po teleporcie. Ujął moją twarz w dłonie i wyszeptał:
- Nawet nie wiesz jak bardzo.
Tym razem byłam szybsza i wyśliznęłam się ze zbliżającego się uścisku.
- Arthur, ty nie rozumiesz. Przed chwilą dzwonili ze szpitala. Bryan właśnie się obudził. Muszę do niego jechać.
Po długiej, męczącej ciszy wreszcie się odezwał. Wolałabym jednak, oczywiście w tamtym momencie tego nie wiedziałam, aby się nie odezwał.
- A więc to tak? Wolisz tego mordercę ode mnie?
Nie spodziewałam się tak ostrej odpowiedzi. Prawie powstrzymując się przed uderzeniem go w twarz, powiedziałam jedyną rzecz, jaką mogłam w tej chwili.
- On nie jest mordercą.
- Oczywiście. A ta noga od krzesła, którą urwał, przez przypadek przeszła na wylot przez moje ciało! - wykrzyczał.
- To nie jego wina. On był zaślepiony. On nie był sobą. - starałam się usprawiedliwić Bryana, chociaż wiedziałam, że to nic nie pomoże. Arthur nie wiedział wszystkiego.
- Tak, zaślepiony swoją chorą miłością do ciebie! On od początku chciał mi cię odebrać! Nie mógł znieść tego, że jesteś za mną, a nie z nim! Więc chciał się pozbyć rywala. I prawie mu się to udało! Ale co cię to oczywiście obchodzi? Przecież masz serce jaku z lodu. - ostatnie słowa przebiły mnie na wylot. Arthur zabrał z podłogi swoją kurtkę i zaczął zapinać guziki od koszuli. Skończywszy, podszedł do mnie i powiedział
- Obydwoje jesteście siebie warci.
Wyszedł, a ja osunęłam się na kolana i zaczęłam płakać.
- Bryan! Mój boże! Nareszcie się obudziłeś! - stojąc w drzwiach, widziałam przytomnego Bryana, który rozpromienił się na mój widok. Podbiegłam do niego i ujęłam jego twarz z dłonie. - Nareszcie.
- Andromeda, nie mogłem się doczekać kiedy cię znów zobaczę. Co się w ogóle ze mną działo?
- Lekarze ci nic nie powiedzieli?
- Coś tam do mnie mówili, ale jakoś nie mogłem ich słuchać. Byłem zbyt zajęty rozmyślaniem o tobie.
Słowa, które wypowiedział i mina, którą przybrał nakazywały mi rzucić się w jego ramiona i całować go do utraty tchu. Powstrzymałam się jednak, wiedząc że Bryan może być zbyt zmęczony, by wytrzymać takie zachowanie.
- Ale pamiętasz co się działo?
- Mówisz o tym, że o mało nie zabiłem twojego byłego? Tego nie da się zapomnieć.
- Więc zrobiłeś to z premedytacją?
- Nie! Nigdy bym czegoś takiego nie zrobił. Pamiętam tylko strzępki wydarzeń. Zupełnie jakbym spał i budził się co chwilę na ułamki sekundy. To tylko potwierdza tezę lekarzy - powiedział ponurym głosem. - Byłem kontrolowany. Ale jak?
Wytłumaczyłam mu wszystko, co mogłam. Powiedziałam mu o wszystkim, o czym wiedziałam. Po rozmowie posiedziałam jeszcze chwilę u niego i poszłam wypytać lekarzy dokładnie, co i jak z tym, co się z nim stało i kiedy mogę zabrać mojego chłopaka do domu. Naszego domu.
A w domu czekało na niego łóżko. I ja.
- Arthur, wybacz mi,ale tak nie można. Jak tak nie mogę - dodałam twardo.
- Rozumiem, nadal się wściekasz za to w szpitalu, ale to już przeszłość. Przeprosiłem cię przecież. Nawet nie masz pojęcia, jak cię pragnę. - powiedział i w sekundzie pojawił się przede mną. Czułam chłód jego skóry, pozostały po teleporcie. Ujął moją twarz w dłonie i wyszeptał:
- Nawet nie wiesz jak bardzo.
Tym razem byłam szybsza i wyśliznęłam się ze zbliżającego się uścisku.
- Arthur, ty nie rozumiesz. Przed chwilą dzwonili ze szpitala. Bryan właśnie się obudził. Muszę do niego jechać.
Po długiej, męczącej ciszy wreszcie się odezwał. Wolałabym jednak, oczywiście w tamtym momencie tego nie wiedziałam, aby się nie odezwał.
- A więc to tak? Wolisz tego mordercę ode mnie?
Nie spodziewałam się tak ostrej odpowiedzi. Prawie powstrzymując się przed uderzeniem go w twarz, powiedziałam jedyną rzecz, jaką mogłam w tej chwili.
- On nie jest mordercą.
- Oczywiście. A ta noga od krzesła, którą urwał, przez przypadek przeszła na wylot przez moje ciało! - wykrzyczał.
- To nie jego wina. On był zaślepiony. On nie był sobą. - starałam się usprawiedliwić Bryana, chociaż wiedziałam, że to nic nie pomoże. Arthur nie wiedział wszystkiego.
- Tak, zaślepiony swoją chorą miłością do ciebie! On od początku chciał mi cię odebrać! Nie mógł znieść tego, że jesteś za mną, a nie z nim! Więc chciał się pozbyć rywala. I prawie mu się to udało! Ale co cię to oczywiście obchodzi? Przecież masz serce jaku z lodu. - ostatnie słowa przebiły mnie na wylot. Arthur zabrał z podłogi swoją kurtkę i zaczął zapinać guziki od koszuli. Skończywszy, podszedł do mnie i powiedział
- Obydwoje jesteście siebie warci.
Wyszedł, a ja osunęłam się na kolana i zaczęłam płakać.
- Bryan! Mój boże! Nareszcie się obudziłeś! - stojąc w drzwiach, widziałam przytomnego Bryana, który rozpromienił się na mój widok. Podbiegłam do niego i ujęłam jego twarz z dłonie. - Nareszcie.
- Andromeda, nie mogłem się doczekać kiedy cię znów zobaczę. Co się w ogóle ze mną działo?
- Lekarze ci nic nie powiedzieli?
- Coś tam do mnie mówili, ale jakoś nie mogłem ich słuchać. Byłem zbyt zajęty rozmyślaniem o tobie.
Słowa, które wypowiedział i mina, którą przybrał nakazywały mi rzucić się w jego ramiona i całować go do utraty tchu. Powstrzymałam się jednak, wiedząc że Bryan może być zbyt zmęczony, by wytrzymać takie zachowanie.
- Ale pamiętasz co się działo?
- Mówisz o tym, że o mało nie zabiłem twojego byłego? Tego nie da się zapomnieć.
- Więc zrobiłeś to z premedytacją?
- Nie! Nigdy bym czegoś takiego nie zrobił. Pamiętam tylko strzępki wydarzeń. Zupełnie jakbym spał i budził się co chwilę na ułamki sekundy. To tylko potwierdza tezę lekarzy - powiedział ponurym głosem. - Byłem kontrolowany. Ale jak?
Wytłumaczyłam mu wszystko, co mogłam. Powiedziałam mu o wszystkim, o czym wiedziałam. Po rozmowie posiedziałam jeszcze chwilę u niego i poszłam wypytać lekarzy dokładnie, co i jak z tym, co się z nim stało i kiedy mogę zabrać mojego chłopaka do domu. Naszego domu.
A w domu czekało na niego łóżko. I ja.
niedziela, 23 lutego 2014
Rozdział 61
Dzień był przepiękny. Słońce wzeszło wcześnie i od pierwszych chwil ogrzewało swymi promykami ziemię. Za oknem było słychać świergoty ptaków i okrzyki dzieci spędzających czas na cudownej zabawie. Wydawało się, że w taki dzień, każdy czuł się szczęśliwszy i z mniejszą niechęcią przystępował, jak co dzień, do pracy. Jednak ja nie miałam czasu zachwycać się urodą poranka. Każdego dnia, odkąd skończyłam szkołę, przesiadywałam w szpitalu. Godzinami wpatrywałam się w pozornie martwą, chudą, siną twarz Bryana. W każdej minucie mojego monotonnego życia miałam nadzieję, że właśnie ta minuta, przywróci do życia mojego Bryana. Nawet będąc w pracy, spędzając czas z Julią (i maleńką Julią albo Roggerem) i siedząc w domu myślałam o nim. Wokół niego kręcił się mój dzień. To do niego dostosowałam swój rytm życia. I nie myślałam nawet przez chwilę, aby tego zaniechać. Przeprowadziłam się do domu Bryana, mając nadzieję, że właściciel nie miał by nic przeciwko. Jednak trudno było go nazwać domem, bo częściej byłam poza nim. Za dnia pracowałam w Instytucie Przyszłych Obrońców Czarodziei jako instruktorka opanowywania i rozwijania swoich mocy. Wiem, że to trochę dziwne, że zaraz po szkole dostałam pracę, ale tak to już jest z czarodziejami. U nas nie ma czegoś takiego jak studia. Są jedynie szkoły nieobowiązkowe w których kształci się młodych takich jak ja. Dzięki temu, że jako nieliczna z wielu z mojego rocznika, posiadałam moc, (pirokinezę) dostałam tę pracę. Ten dar jest niezwykle rzadki. Ogólnie wszystkie dary są bardzo rzadkie. Tylko moja rodzina i rodzina Roverów jest jedną znaną mi, która wywodzi się z rodów z predyspozycjami do bycia bardziej nadprzyrodzonym niż inni czarodzieje (oczywiście z małym wyjątkiem, którym jest Bryan, ale takie wypadki są rzadkie). Tak więc, większość czasu zajmowałam się pracą i przesiadywaniem u Sworda. Był jeden z tych dni, kiedy miałam wolne, więc od rana czuwałam przy jego łóżku. Byłam totalnie wykończona, więc usiadłam na ziemi obok Bryana i oparłam głowę o łóżko. Zmęczona, nawet nie zauważyłam jak zamknęły mi się powieki i zasnęłam. Obudziłam się na fotelu w rogu pokoju. Obok mnie na stołku siedział Arthur z łokciami na kolanach i głową opartą na dłoniach. Na stoliku stał bukiet białych róż. Arthur zauważył, że nie śpię i wstał. Kierował się ku drzwiom. Chciał wyjść bez słowa pożegnania.
- Arthur zaczekaj - powiedziałam i chwyciłam go za rękaw. Zatrzymał się, ale się nie odwrócił. - Zostań.
Tak bardzo potrzebowałam czyjejś obecności. Potrzebowałam kogoś komu, mogłabym się wyżalić. Albo chociaż posiedzieć w ciszy. Tygodnie spędzone w samotności nie były dla mnie zbyt łatwe. Usłuchał mnie. Usiadł tam gdzie wcześniej i wpatrywał się przed siebie. Wróciłam na miejsce. Zastanawiałam się co powiedzieć. Nie widziałam go od tak dawna. Ale on się nie zmienił. Nadal był tym samym Arthurem, który całował mnie na szkolnym korytarzu, który mówił, że mnie kocha. To właśnie w tym Arthurze się zakochałam, a nie w tym, który uważał mnie za swoją własność. Przypatrywałam mu się przez chwilę, ale gdy ten podniósł na mnie wzrok, odwróciłam się zakłopotana, ale zdążyłam zobaczyć jego oczy. Były pełnie chłodu i, być może, nienawiści.
- Dlaczego chciałaś, żebym został? - spytał tak lodowato, że moje serce przebił odłamek tego lodu.
- Potrzebuję towarzystwa. - powiedziałam, starając się nie płakać.
- Jakoś do tej pory nie narzekałaś na jego brak.
- Po co w ogóle tu przyszedłeś? Żeby mnie upokarzać?
- Julia mi kazała.
- Skoro tak, to możesz już wyjść. - starałam się być tak samo chłodna jak on.
- Nie mogłem się doczekać, aż to powiesz.
W oczach wezbrały mi łzy, ale postanowiłam nie płakać. Nie przez niego.
- Wiesz, jesteś takim samym dupkiem, jak kiedyś.
Zatrzymał się w drzwiach na chwilę. Wyglądało jakby chciał mi dopiec, ale zrezygnował. Wtedy z oczu poleciały mi łzy. Głupia, pomyślałam o sobie i otarłam twarz rękawem.
Siedziałam przy stole w kuchni i czytałam książkę. Nie mogłam się skupić na treści, bo przez cały czas myślałam o zajściu w szpitalu i o chłodzie jaki emanował od Arthura. Nie mogłam uwierzyć, że ten miły chłopak, tak bardzo się zmienił. Albo raczej, w jakiego dupka ja go zmieniłam. Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. Spojrzałam na zegarek. Było za późno na wizyty, a ja nikogo się nie spodziewałam, więc byłam trochę zaniepokojona tym niespodziewanym gościem. Powlokłam się do drzwi. Za nimi stał Arthur.
- Jeżeli przyszedłeś jeszcze bardziej mnie upokorzyć, to nie licz na to, że ci pozwolę. - powiedziałam i zamknęłam drzwi, a raczej się starałam, bo Arthur je zablokował.
- Wybacz Andromedo, ale ja już nie mogę dłużej udawać, że cię nienawidzę. Myślałem, że jeśli cię zobaczę w szpitalu, to przypomni mi to, jak bardzo mnie zraniłaś, ale nie mogę tak dłużej...
- Arthur...
Nie zdążyłam nawet odpowiedzieć, bo Rover objął mnie w pasie i przyciągnął mnie do siebie. Nie miałam czasu nawet wyrwać z jego uścisku, bo Arthur przyłożył swoje usta do moich. Oszołomiona, nie próbowałam go nawet odepchnąć. Trwaliśmy tak przez chwilę. Nagle Arthur podniósł mnie i zaniósł do sypialni nadal całując.
- Arthur czekaj - oprzytomniałam i starałam się nie dopuścić do najgorszego.
- Ci. Nawet nie wiesz, ile czekałam na ten moment.
Nagle zadzwonił telefon i Arthur jęknął wyraźnie niezadowolony. Jednak dla mnie to było jak zbawienie. Nie to, że Arthurowi czegoś brakowało, ale w szpitalu leżał mój chłopak. Jakby to wyglądało, gdybym wykorzystała, to że go nie ma i zaprosiła do łóżka innego.
- Andromeda Seam. - powiedziałam do słuchawki.
- Dobry wieczór. Nazywam się Henry Dixon i jestem lekarzem prowadzącym pani chłopaka.
Zaniepokoiłam się, że lekarz dzwoni o tak późnej porze. To mogło oznaczać tylko kłopoty.
- Czy coś się stało z Bryanem? Jego stan się pogorszył?
- Wręcz przeciwnie. Mam dobre wieści. Pani chłopak własnie wybudził się ze śpiączki.
- Arthur zaczekaj - powiedziałam i chwyciłam go za rękaw. Zatrzymał się, ale się nie odwrócił. - Zostań.
Tak bardzo potrzebowałam czyjejś obecności. Potrzebowałam kogoś komu, mogłabym się wyżalić. Albo chociaż posiedzieć w ciszy. Tygodnie spędzone w samotności nie były dla mnie zbyt łatwe. Usłuchał mnie. Usiadł tam gdzie wcześniej i wpatrywał się przed siebie. Wróciłam na miejsce. Zastanawiałam się co powiedzieć. Nie widziałam go od tak dawna. Ale on się nie zmienił. Nadal był tym samym Arthurem, który całował mnie na szkolnym korytarzu, który mówił, że mnie kocha. To właśnie w tym Arthurze się zakochałam, a nie w tym, który uważał mnie za swoją własność. Przypatrywałam mu się przez chwilę, ale gdy ten podniósł na mnie wzrok, odwróciłam się zakłopotana, ale zdążyłam zobaczyć jego oczy. Były pełnie chłodu i, być może, nienawiści.
- Dlaczego chciałaś, żebym został? - spytał tak lodowato, że moje serce przebił odłamek tego lodu.
- Potrzebuję towarzystwa. - powiedziałam, starając się nie płakać.
- Jakoś do tej pory nie narzekałaś na jego brak.
- Po co w ogóle tu przyszedłeś? Żeby mnie upokarzać?
- Julia mi kazała.
- Skoro tak, to możesz już wyjść. - starałam się być tak samo chłodna jak on.
- Nie mogłem się doczekać, aż to powiesz.
W oczach wezbrały mi łzy, ale postanowiłam nie płakać. Nie przez niego.
- Wiesz, jesteś takim samym dupkiem, jak kiedyś.
Zatrzymał się w drzwiach na chwilę. Wyglądało jakby chciał mi dopiec, ale zrezygnował. Wtedy z oczu poleciały mi łzy. Głupia, pomyślałam o sobie i otarłam twarz rękawem.
Siedziałam przy stole w kuchni i czytałam książkę. Nie mogłam się skupić na treści, bo przez cały czas myślałam o zajściu w szpitalu i o chłodzie jaki emanował od Arthura. Nie mogłam uwierzyć, że ten miły chłopak, tak bardzo się zmienił. Albo raczej, w jakiego dupka ja go zmieniłam. Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. Spojrzałam na zegarek. Było za późno na wizyty, a ja nikogo się nie spodziewałam, więc byłam trochę zaniepokojona tym niespodziewanym gościem. Powlokłam się do drzwi. Za nimi stał Arthur.
- Jeżeli przyszedłeś jeszcze bardziej mnie upokorzyć, to nie licz na to, że ci pozwolę. - powiedziałam i zamknęłam drzwi, a raczej się starałam, bo Arthur je zablokował.
- Wybacz Andromedo, ale ja już nie mogę dłużej udawać, że cię nienawidzę. Myślałem, że jeśli cię zobaczę w szpitalu, to przypomni mi to, jak bardzo mnie zraniłaś, ale nie mogę tak dłużej...
- Arthur...
Nie zdążyłam nawet odpowiedzieć, bo Rover objął mnie w pasie i przyciągnął mnie do siebie. Nie miałam czasu nawet wyrwać z jego uścisku, bo Arthur przyłożył swoje usta do moich. Oszołomiona, nie próbowałam go nawet odepchnąć. Trwaliśmy tak przez chwilę. Nagle Arthur podniósł mnie i zaniósł do sypialni nadal całując.
- Arthur czekaj - oprzytomniałam i starałam się nie dopuścić do najgorszego.
- Ci. Nawet nie wiesz, ile czekałam na ten moment.
Nagle zadzwonił telefon i Arthur jęknął wyraźnie niezadowolony. Jednak dla mnie to było jak zbawienie. Nie to, że Arthurowi czegoś brakowało, ale w szpitalu leżał mój chłopak. Jakby to wyglądało, gdybym wykorzystała, to że go nie ma i zaprosiła do łóżka innego.
- Andromeda Seam. - powiedziałam do słuchawki.
- Dobry wieczór. Nazywam się Henry Dixon i jestem lekarzem prowadzącym pani chłopaka.
Zaniepokoiłam się, że lekarz dzwoni o tak późnej porze. To mogło oznaczać tylko kłopoty.
- Czy coś się stało z Bryanem? Jego stan się pogorszył?
- Wręcz przeciwnie. Mam dobre wieści. Pani chłopak własnie wybudził się ze śpiączki.
piątek, 14 lutego 2014
Rozdział 60
Siedziałam na łóżku w swoim pokoju, przygotowując się do egzaminów. Cisza jaka panowała w pokoju, wcale nie pomagała mi w nauce, wręcz przeciwnie. Gdyby panował w nim gwar, miałabym jak odwrócić myśli od leżącego w szpitalu, w stanie śpiączki, Bryana. Od tragicznego zdarzenia minęło kilka tygodni, a nadal nic nie wskazywało na zmianę stanu mojego chłopaka. Kiedy tylko miałam czas, a miałam go bardzo niewiele, przebywałam razem z nim, mając nadzieję, że się obudzi. Kilka razy, kiedy Julia była zaniepokojona moją długą nieobecnością, przybywała do szpitala, i sprawdzała czy u mnie wszystko w porządku. Zauważyłam nawet, że czasami przychodził z nią Arthur, ale nie wchodził nawet do pokoju. Siedział tylko na korytarzu, starając być poza zasięgiem mego wzroku (co mu się nie udawało) i obserwował mnie. Kiedy tylko patrzyłam w jego stronę, odwracał się lub ulatniał pozostawiając mnie samą ze swoimi problemami. Nikt nie odwiedzał Bryana. Jak dowiedziałam się od moich rodziców, jego ojciec i matka zginęli kilka dni przed dniem, w którym wszystko się zaczęło. Pewnie o tym chciał mi powiedzieć, kiedy wpadł z nieoczekiwaną wizytą, a ja obściskiwałam się z Arthurem. Płakałam kilka dni koło jego łóżka, myśląc jak wynagrodzić mu tamtą krzywdę. Ale wiedziałam, że płacz nie przywróci mi Bryana i postanowiłam, że nigdy więcej nie uronię łzy. Dni mijały coraz szybciej, pędząc ku przyszłości. A dla mnie przyszłość wiązała się z egzaminami. Dla Julii i Harriet oczywiście też. Jednak Julia coraz częściej urządzała sobie wypady (nie informowała mnie nigdy gdzie wychodzi, ale mogłam się tylko domyślać, że były to wypady do łóżka Roggera), a Harriet wiedzę przyswajała z taką łatwością, że w ciągu kilku dni przypomniała sobie cały materiał z tych siedmiu lat i nie potrzebowała tyle czasu co ja. Czasami zazdrościłam jej pamięci i modliłam się dla siebie o taką. Jednak niektórych momentów z życia wolałabym nie pamiętać.Dochodziła dwudziesta pierwsza, kiedy drzwi pokoju otworzyły się i wpadła przez nie zapłakana Julia. Zobaczyła mnie siedzącą nad książkami i zaczęła jeszcze głośniej wyć. Nie przebierając się nawet w pidżamę, rzuciła się na łóżko i przykryła się kołdrą po sam nos. Donośny płacz na chwilę ustał i ustąpił miejsca cichemu pochlipywaniu. Myślałam, że Julia pokłóciła się z Roggerem i, że to była tylko nieszkodliwa sprzeczka. Po chwili moja przyjaciółka zaczęła znowu głośno płakać i wiedziałam, że to na pewno nie tylko nic nie znacząca kłótnia. Odrzuciłam książki na bok i podeszłam do łóżka Julii. Chwilę stałam bez ruchu i zaraz wsunęłam się pod kołdrę. Przytuliłam się do zapłakanej dziewczyny i wyszeptała jej do ucha:
- Julia, co się stało?
Potrzebowała kilku minut, aby się pozbierać i odpowiedzieć nic nie mówiącym mi zdaniem.
- Zniszczyłam sobie życie.
Starając się nie naciskać na przyjaciółkę powiedziałam jedynie:
- Możesz mi powiedzieć co się stało.
Leżałyśmy jakieś dwadzieścia minut wtulone w siebie i mokre od łez ronionych przez nią. W końcu uwolniła się z mojego uścisku, usiadła na łózko i poprawiła włosy, które teraz były w nie ładzie i zakrywały niemalże całą jej zapłakaną twarz.
- Zniszczyłam życie swoje i nie tylko - przerwała na chwilę aby otrzeć łzy - Bo ja... nie wiem na pewno... ale chyba...
Ciągnęła drżącym głosem nie mogąc dokończyć zdania. Po raz pierwszy odkąd poznałam Julię, zabrakło jej słów.
- Jestem w ciąży.
Te słowa głęboko wryły mi się do głowy. Zrobiły ogromną dziurę w moim sercu, zbolałym po tym, co usłyszałam. Julia zniszczyła sobie życie. Nie wiedziałam co powiedzieć, dlatego milczałam. Bałam się, że to co powiem może ją urazić. Julia, nie spodziewająca się takiej reakcji, wybuchła płaczem i wybiegła z pokoju. Ciężko opadłam na łóżko. W mojej głowie rozszalał się prawdziwy huragan.
- Widziałaś Julię? - głos Roggera wyrwał mnie z zamyślenia.
- Wybiegła stąd przed chwilą - powiedziałam do stojącego w drzwiach chłopaka - Rogger, masz problem i to poważny.
- Julia, co się stało?
Potrzebowała kilku minut, aby się pozbierać i odpowiedzieć nic nie mówiącym mi zdaniem.
- Zniszczyłam sobie życie.
Starając się nie naciskać na przyjaciółkę powiedziałam jedynie:
- Możesz mi powiedzieć co się stało.
Leżałyśmy jakieś dwadzieścia minut wtulone w siebie i mokre od łez ronionych przez nią. W końcu uwolniła się z mojego uścisku, usiadła na łózko i poprawiła włosy, które teraz były w nie ładzie i zakrywały niemalże całą jej zapłakaną twarz.
- Zniszczyłam życie swoje i nie tylko - przerwała na chwilę aby otrzeć łzy - Bo ja... nie wiem na pewno... ale chyba...
Ciągnęła drżącym głosem nie mogąc dokończyć zdania. Po raz pierwszy odkąd poznałam Julię, zabrakło jej słów.
- Jestem w ciąży.
Te słowa głęboko wryły mi się do głowy. Zrobiły ogromną dziurę w moim sercu, zbolałym po tym, co usłyszałam. Julia zniszczyła sobie życie. Nie wiedziałam co powiedzieć, dlatego milczałam. Bałam się, że to co powiem może ją urazić. Julia, nie spodziewająca się takiej reakcji, wybuchła płaczem i wybiegła z pokoju. Ciężko opadłam na łóżko. W mojej głowie rozszalał się prawdziwy huragan.
- Widziałaś Julię? - głos Roggera wyrwał mnie z zamyślenia.
- Wybiegła stąd przed chwilą - powiedziałam do stojącego w drzwiach chłopaka - Rogger, masz problem i to poważny.
wtorek, 11 lutego 2014
Rozdział 59
Wracałam do szkoły ciągle nie mogąc otrząsnąć z tego, co się stało. Szłam na piechotę. Musiałam mieć trochę czasu na rozmyślenia. W mojej głowie kłębiły się tysiące pytań. Przerażające jednak było to, że na żadne z nich nie znałam odpowiedzi. Jakim cudem, przez te wszystkie lata, nie zauważyłam, że z Bryanem jest coś nie tak. Gdy śniło mi się, że mój obecny chłopak (ale nie jestem pewna, czy po tym co się stało, nie zostanie byłym chłopakiem) zabija Artura, byłam święcie przekonana, że to tylko chore wymysły mojej wyobraźni. Teraz nie jestem tego taka pewna. Znałam Bryana od dziecka. Spędziliśmy chyba razem całe dzieciństwo. Zawsze bronił mnie przed innymi, gdy wpadaliśmy w kłopoty. Każdego dnia wybieraliśmy się na piesze wycieczki albo nocowaliśmy w namiotach. Ostatnio uratował mnie nawet przed śmiercią, gdy niepotrzebnie rozgościliśmy się w nieswoim lokum, co najwyraźniej nie spodobało się właścicielowi (oczywiście, ta sprawa nadal się nie wyjaśniła). Matka opowiadała mi, jak przez ogromne zaspy Bryan niósł mnie nie zważając na chłód, czy na własne kontuzje. Na to wspomnienie zakręciła mi się łezka w oku. Prawdopodobnie już wtedy wiedziałam, że on czuje do mnie coś więcej niż w dzieciństwie. I co gorsza, ja chyba też tak czułam. Nie sądziłam, że pod przykrywką czarującego, przystojnego chłopaka (także nieźle umięśnionego i z boskim ciałem), kryje się morderca. Przystanęłam na chwilę i próbując złapać oddech oparłam się dłonią o słup. Na policzku zalśniła mi łza. Nie mogłam dłużej znieść samotności, więc teleportowałam się do mojego pokoju w szkole. Nadal ze łzami w oczach rozejrzałam się po pokoju w poszukiwaniu Bryana. Nigdzie go nie było. Rzuciłam się z płaczem na łóżko i wtuliłam twarz w poduszki.
- Wielcy czarodzieje! Andromeda! Co ci się stało?! - ze snu wyrwał mnie donośny głos Julii. - Gdzieś ty się podziewała? Szukaliśmy cię wszędzie!
- Co się stało? - zapytałam jeszcze zaspana.
- Bryana musieliśmy zawieść do szpitala. Był nieprzytomny, coś mu się poważnego stało. A tak w ogóle, co twój chłopak robił w naszym pokoju?
- Wpadł z wizytą - równie dobrze mogłam powiedzieć wpadł z nożem.
- Już nie ważne, musimy do niego pojechać. Pielęgniarka nie chciała zatrzymać go u nas, więc wysłali go do publicznego dla czarodziei. Zbieraj się.
Nie chciałam tłumaczyć mojej niechęci w stosunku do jej pomysłu wybrania się do szpitala, toteż niechętnie wywlokłam się z łóżka i poszłam z Julią.
- Przepraszam, może pan powtórzyć? - powiedziałam do doktora, który tłumaczył mi stan Bryana.
- Otóż pan Sword, doznał głębokich i poważnych uszkodzeń mózgu i zapadł w śpiączkę, niestety, przewidujemy, że na bardzo długi okres czasu. - Znaleźliśmy również dziwnie uszczerbki w organizmie.
- Ja nie rozumiem, u tak młodego mężczyzny? Jakim cudem? - powiedziałam wyraźnie zaniepokojona, a raczej wykrzyczałam.
- Po wszelkich dostępnych badaniach, doszliśmy do wniosku, że ten stan nie jest uwarunkowany z przyczyn naturalnych, ale z przyczyn świata czarodziei. Spustoszenie jakie zastaliśmy w jego organizmie spowodowało praktykowanie czarnej magi i opętanie.
No i kurwa pięknie. Moim chłopakiem był jakiś gnida zajmujący się czarną magią i do tego opęt... Chwila moment. Przez myśl mi przemknęło to słowo, OPĘTANY. Czyli istniała szansa, że Bryan nie robił tego dobrowolnie. Moja psychika podrzuciła mi tezę, że w końcu miałam normalnego chłopaka, a nie mordercę, czy zwykłą gnidę (jaką był niegdyś Arthur). No może nie tak do końca normalnego, bo bycie opętanym nie jest normalne. Ze stanu zamyślenia wyrwała mnie, jak zwykle, Julia.
- Słuchaj An, właśnie dostałam wiadomość, że Arthur jest w szpitalu. Muszę do niego pędzić. Wybacz. - wydukała Julia i zniknęła w tłumie pacjentów.
Weszłam do sali w której leżał Bryan. Wyglądał okropnie. Zapadnięte policzki, sina cera, wyglądał jak śmierć. Że też ja nie zauważyłam, że to nie był mój Bryan. Mogłam mu pomóc uwolnić się spod opętania, gdybym nie była taka ślepa. Uklękłam przy jego łóżku i ujęłam jego dłoń.
- Co za straszny widok. Niecodziennie przecież ktoś zapada trudną do wybudzenia dla lekarzy śpiączkę. - powiedziała kobieta, która przyniosła świeżą pościel. Nawet nie usłyszałam jak wchodziła. Wtedy pojęłam powagę sytuacji. Bryan może się już nigdy nie obudzić. Będę już zawsze patrzyła, jak tutaj leży, nie mogąc z nim porozmawiać, nigdy nie słysząc ponownie jego śmiechu, nie mogąc znowu poczuć ciepła jego ciała na moim. Istniały rzeczy gorsze niż śmierć. I ja właśnie się o tym przekonałam.
- Wielcy czarodzieje! Andromeda! Co ci się stało?! - ze snu wyrwał mnie donośny głos Julii. - Gdzieś ty się podziewała? Szukaliśmy cię wszędzie!
- Co się stało? - zapytałam jeszcze zaspana.
- Bryana musieliśmy zawieść do szpitala. Był nieprzytomny, coś mu się poważnego stało. A tak w ogóle, co twój chłopak robił w naszym pokoju?
- Wpadł z wizytą - równie dobrze mogłam powiedzieć wpadł z nożem.
- Już nie ważne, musimy do niego pojechać. Pielęgniarka nie chciała zatrzymać go u nas, więc wysłali go do publicznego dla czarodziei. Zbieraj się.
Nie chciałam tłumaczyć mojej niechęci w stosunku do jej pomysłu wybrania się do szpitala, toteż niechętnie wywlokłam się z łóżka i poszłam z Julią.
- Przepraszam, może pan powtórzyć? - powiedziałam do doktora, który tłumaczył mi stan Bryana.
- Otóż pan Sword, doznał głębokich i poważnych uszkodzeń mózgu i zapadł w śpiączkę, niestety, przewidujemy, że na bardzo długi okres czasu. - Znaleźliśmy również dziwnie uszczerbki w organizmie.
- Ja nie rozumiem, u tak młodego mężczyzny? Jakim cudem? - powiedziałam wyraźnie zaniepokojona, a raczej wykrzyczałam.
- Po wszelkich dostępnych badaniach, doszliśmy do wniosku, że ten stan nie jest uwarunkowany z przyczyn naturalnych, ale z przyczyn świata czarodziei. Spustoszenie jakie zastaliśmy w jego organizmie spowodowało praktykowanie czarnej magi i opętanie.
No i kurwa pięknie. Moim chłopakiem był jakiś gnida zajmujący się czarną magią i do tego opęt... Chwila moment. Przez myśl mi przemknęło to słowo, OPĘTANY. Czyli istniała szansa, że Bryan nie robił tego dobrowolnie. Moja psychika podrzuciła mi tezę, że w końcu miałam normalnego chłopaka, a nie mordercę, czy zwykłą gnidę (jaką był niegdyś Arthur). No może nie tak do końca normalnego, bo bycie opętanym nie jest normalne. Ze stanu zamyślenia wyrwała mnie, jak zwykle, Julia.
- Słuchaj An, właśnie dostałam wiadomość, że Arthur jest w szpitalu. Muszę do niego pędzić. Wybacz. - wydukała Julia i zniknęła w tłumie pacjentów.
Weszłam do sali w której leżał Bryan. Wyglądał okropnie. Zapadnięte policzki, sina cera, wyglądał jak śmierć. Że też ja nie zauważyłam, że to nie był mój Bryan. Mogłam mu pomóc uwolnić się spod opętania, gdybym nie była taka ślepa. Uklękłam przy jego łóżku i ujęłam jego dłoń.
- Co za straszny widok. Niecodziennie przecież ktoś zapada trudną do wybudzenia dla lekarzy śpiączkę. - powiedziała kobieta, która przyniosła świeżą pościel. Nawet nie usłyszałam jak wchodziła. Wtedy pojęłam powagę sytuacji. Bryan może się już nigdy nie obudzić. Będę już zawsze patrzyła, jak tutaj leży, nie mogąc z nim porozmawiać, nigdy nie słysząc ponownie jego śmiechu, nie mogąc znowu poczuć ciepła jego ciała na moim. Istniały rzeczy gorsze niż śmierć. I ja właśnie się o tym przekonałam.
piątek, 8 listopada 2013
Rozdział 58
Klęczałam nieruchomo nad Arthurem. Z jego ciała coraz więcej krwi ubywało, a wraz z nią ulatywało z niego życie. Intensywnie zastanawiałam się co robić dalej. Nie mogłam zabrać go do szkolnego szpitala, bo tam zaczęli by zadawać pytania na które nie znałam odpowiedzi, albo co gorsza takie na jakie mogłam bym jej udzielić. Popatrzyłam w stronę Bryana szukając pomocy, ale on sam najwyraźniej jej potrzebował. Leżał bezwładnie na podłodze nie dając znaku życia. Oszołomiona podbiegłam do niego, sprawdzić czy on też nie potrzebuje pomocy. Na szczęście wyczuwałam tętno. Wróciłam do Arthura, by sprawdzić czy mogę jakoś zatamować rzekę krwi wypływającą z jego ciała. Gdy pochyliłam się nad nim, by sprawdzić czy oddycha odzyskał przytomność.
- Andromedo... - wyszeptał.
- Cicho, cicho, nic nie mów. Wszystko będzie dobrze. - widząc go w takim stanie do oczu napłynęły mi łzy. Powolną, nieprzerwaną strugą spływały mi po policzkach mocząc całą moją twarz. Wiedziałam, że tym razem to nie może się skończyć dobrze.
- Nie płacz, nie chce cię ostatni raz widzieć, gdy jesteś w takim stanie.
- Nie mów głupstw, jaki ostatni raz? Jeszcze nieraz będziesz się wdzierał do mojego pokoju, aby mnie odzyskać. To nie jest ostatni raz - nie mogłam powstrzymać płaczu.
- Zanim się rozstaniemy chcę cię za wszystko przeprosić i powiedzieć ci, że nigdy nie przestałem cię kochać - powiedział resztkami sił i jego powieki się zamknęły.
- Arthur! Nie możesz mnie teraz zostawić! Nie teraz, gdy chcę znów na ciebie krzyczeć za to jak bardzo mnie zraniłeś, gdy chcę cię pocałować znowu, gdy chcę żebyś wiedział, ze ja też cię nadal kocham...
Nie mogłam dłużej patrzeć bezczynnie na śmierć Arthura. Zrobiłam jedyną rzecz, jaką mogłam. Teleportowałam się wraz z nim do szpitala.
- Ludzie błagam pomocy! - krzyczałam ile sił w piersiach, gdy tylko znalazłam się na białej podłodze, co znaczyło, że jesteśmy na miejscu. Biała podłoga powoli zaczynała zmieniać barwę. Zrozumiałam, że to krew Arthura ją plami. Kilku lekarzy w białych kitlach odpowiedziało na moje wezwanie. Otoczyli mnie i Arthura, wołając do krzątających się pielęgniarek.
- Nosze! Dajcie mi do cholery nosze, bo on wykrwawi się na śmierć.
Po kilku sekundach, które dla mnie zdawały się być wiecznością kilkoro ludzi przenosiło ostrożnie Arthura. Rozdygotana poczułam, że ktoś mnie łapie za ręce i podnosi z podłogi. W oddali widziałam Arthura, który nadal był nieprzytomny.
- Gdzie go zabieracie? Muszę iść z nim, nie mogę go teraz zostawić! - krzyczałam i próbowałam wyrwać się z czyjegoś uścisku.
- Proszę się uspokoić. Zabieramy go na salę operacyjną. Mimo, że to jest szpital dla czarodziei, tego nie możemy wyleczyć za pomocą magii. Musimy operować. Mam rozumieć, że jet pani osobą bliską dla poszkodowanego? - dopiero teraz zrozumiałam co się dzieje. Spojrzałam na osobę, która mnie powstrzymywała przed dołączeniem do Arthura. Lekko przytrzymywał mnie jakiś młody lekarz. Był wyższy ode mnie i łatwo było zauważyć, że nie jest jakimś tam chucherkiem. Nienaturalnie ciemne oczy, kryły się za gustownymi okularami. Kruczoczarne włosy opadały falami na jego wydatną szczękę.
- Nie... to znaczy tak. Jestem jego dziewczyną.
- Zechce mi wytłumaczyć pani, co się stało?
Szybko musiałam wymyślić, jakąś historię. Nie mogłam powiedzieć,że mój chłopak chciał go zabić. Wiedziałam, że to nie był Bryan, a przynajmniej nie był on sobą. Musiałam dowiedzieć się wszystkiego sama. Do głowy przyszedł mi tylko jeden pomysł.
- Wracaliśmy razem od mojej rodziny i aby być szybciej w domu, poszliśmy na skróty. Ktoś nas napadł i zabrał mi torbę. Arthur próbował ją odzyskać i wtedy kilku mężczyzn rzuciło się na niego. Jeden wyrwał z leżącego obok na stercie śmierci krzesła nogę i dźgnął nim go.
- Jak to możliwe, że pani nic się nie stało? - pytania młodego doktorka były coraz bardziej irytujące.
- Użyłam magii, aby ich odstraszyć. Czy teraz mogę do niego iść?
- Na razie jest operowany, musi pani poczekać tutaj - powiedział i odszedł.
Usiadłam na krześle i z niecierpliwością czekałam na jakieś wieści. Po kilkudziesięciominutowej operacji wreszcie mogłam zobaczyć się z Arthurem. Tylko trudno było mi z nim porozmawiać, bo był nie przytomny. Lekarze powiedzieli, że w ostatniej chwili podjęli operację. Przybylibyśmy minutę później, a nie mieli by szans na jego uratowanie. Leżałam z opartą głową na łóżku, czekając, aż się obudzi. W końcu, po długim oczekiwaniu, ocknął się. Opowiedziałam mu o wszystkich, błagając go o to, aby nie wydał Bryana dopóki sama nie dowiem się co tak naprawdę się stało. Arthur postąpił wspaniałomyślnie zgadzając się na moje warunki. Widząc, ze jest słaby postanowiłam pozwolić mu odpocząć. Wychodząc usłyszałam jego głos za sobą.
- A może zostaniesz i jeszcze raz powiesz mi, że nadal mnie kochasz i mnie pocałujesz, jak chciałaś wcześniej?
- Chyba się przesłyszałeś - powiedziałam i wyszłam z pokoju doskonale wiedząc, że tak nie było.
- Andromedo... - wyszeptał.
- Cicho, cicho, nic nie mów. Wszystko będzie dobrze. - widząc go w takim stanie do oczu napłynęły mi łzy. Powolną, nieprzerwaną strugą spływały mi po policzkach mocząc całą moją twarz. Wiedziałam, że tym razem to nie może się skończyć dobrze.
- Nie płacz, nie chce cię ostatni raz widzieć, gdy jesteś w takim stanie.
- Nie mów głupstw, jaki ostatni raz? Jeszcze nieraz będziesz się wdzierał do mojego pokoju, aby mnie odzyskać. To nie jest ostatni raz - nie mogłam powstrzymać płaczu.
- Zanim się rozstaniemy chcę cię za wszystko przeprosić i powiedzieć ci, że nigdy nie przestałem cię kochać - powiedział resztkami sił i jego powieki się zamknęły.
- Arthur! Nie możesz mnie teraz zostawić! Nie teraz, gdy chcę znów na ciebie krzyczeć za to jak bardzo mnie zraniłeś, gdy chcę cię pocałować znowu, gdy chcę żebyś wiedział, ze ja też cię nadal kocham...
Nie mogłam dłużej patrzeć bezczynnie na śmierć Arthura. Zrobiłam jedyną rzecz, jaką mogłam. Teleportowałam się wraz z nim do szpitala.
- Ludzie błagam pomocy! - krzyczałam ile sił w piersiach, gdy tylko znalazłam się na białej podłodze, co znaczyło, że jesteśmy na miejscu. Biała podłoga powoli zaczynała zmieniać barwę. Zrozumiałam, że to krew Arthura ją plami. Kilku lekarzy w białych kitlach odpowiedziało na moje wezwanie. Otoczyli mnie i Arthura, wołając do krzątających się pielęgniarek.
- Nosze! Dajcie mi do cholery nosze, bo on wykrwawi się na śmierć.
Po kilku sekundach, które dla mnie zdawały się być wiecznością kilkoro ludzi przenosiło ostrożnie Arthura. Rozdygotana poczułam, że ktoś mnie łapie za ręce i podnosi z podłogi. W oddali widziałam Arthura, który nadal był nieprzytomny.
- Gdzie go zabieracie? Muszę iść z nim, nie mogę go teraz zostawić! - krzyczałam i próbowałam wyrwać się z czyjegoś uścisku.
- Proszę się uspokoić. Zabieramy go na salę operacyjną. Mimo, że to jest szpital dla czarodziei, tego nie możemy wyleczyć za pomocą magii. Musimy operować. Mam rozumieć, że jet pani osobą bliską dla poszkodowanego? - dopiero teraz zrozumiałam co się dzieje. Spojrzałam na osobę, która mnie powstrzymywała przed dołączeniem do Arthura. Lekko przytrzymywał mnie jakiś młody lekarz. Był wyższy ode mnie i łatwo było zauważyć, że nie jest jakimś tam chucherkiem. Nienaturalnie ciemne oczy, kryły się za gustownymi okularami. Kruczoczarne włosy opadały falami na jego wydatną szczękę.
- Nie... to znaczy tak. Jestem jego dziewczyną.
- Zechce mi wytłumaczyć pani, co się stało?
Szybko musiałam wymyślić, jakąś historię. Nie mogłam powiedzieć,że mój chłopak chciał go zabić. Wiedziałam, że to nie był Bryan, a przynajmniej nie był on sobą. Musiałam dowiedzieć się wszystkiego sama. Do głowy przyszedł mi tylko jeden pomysł.
- Wracaliśmy razem od mojej rodziny i aby być szybciej w domu, poszliśmy na skróty. Ktoś nas napadł i zabrał mi torbę. Arthur próbował ją odzyskać i wtedy kilku mężczyzn rzuciło się na niego. Jeden wyrwał z leżącego obok na stercie śmierci krzesła nogę i dźgnął nim go.
- Jak to możliwe, że pani nic się nie stało? - pytania młodego doktorka były coraz bardziej irytujące.
- Użyłam magii, aby ich odstraszyć. Czy teraz mogę do niego iść?
- Na razie jest operowany, musi pani poczekać tutaj - powiedział i odszedł.
Usiadłam na krześle i z niecierpliwością czekałam na jakieś wieści. Po kilkudziesięciominutowej operacji wreszcie mogłam zobaczyć się z Arthurem. Tylko trudno było mi z nim porozmawiać, bo był nie przytomny. Lekarze powiedzieli, że w ostatniej chwili podjęli operację. Przybylibyśmy minutę później, a nie mieli by szans na jego uratowanie. Leżałam z opartą głową na łóżku, czekając, aż się obudzi. W końcu, po długim oczekiwaniu, ocknął się. Opowiedziałam mu o wszystkich, błagając go o to, aby nie wydał Bryana dopóki sama nie dowiem się co tak naprawdę się stało. Arthur postąpił wspaniałomyślnie zgadzając się na moje warunki. Widząc, ze jest słaby postanowiłam pozwolić mu odpocząć. Wychodząc usłyszałam jego głos za sobą.
- A może zostaniesz i jeszcze raz powiesz mi, że nadal mnie kochasz i mnie pocałujesz, jak chciałaś wcześniej?
- Chyba się przesłyszałeś - powiedziałam i wyszłam z pokoju doskonale wiedząc, że tak nie było.
sobota, 2 listopada 2013
Rozdział 57
Klęczałam na podłodze w objęciach Artura i nie mogłam wydusić z siebie słowa. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem a cały czerwony ze złości Bryan zaczął wykrzywiając przekleństwa w naszą stronę.
- Co ty do cholery robisz z moją dziewczyną?
- Zapomniałeś dodać, ze była moją dziewczyną zanim mi ją ukradłeś! - Artur delikatnie mnie podniósł i stanął przede mną, jakby chcąc chronić mnie przed Bryanem.
- Oho! Znalazł się pan honorowy! Tyle tylko, ze ja nie umawiałem się z nią i inną dziewczyna w tym samym czasie! - krzyki Bryana stawały się coraz głośniejsze a ja obawiałam się, że ktoś możne zbytnio się tym zainteresować. W końcu, nie wypada żeby ktoś spoza szkoły odwiedzał nas w naszych sypialniach, a szczególnie, gdy mówimy tu o chłopakach.
- Jak ty się w ogóle dostałeś Bryan? - zebrałam się na odwagę i zadałam podstawowe pytanie, które dopiero teraz przyszło mi do głowy - przecież nikt obcy nie może wejść na teren zamku.
- Własnie! Wiesz ile się nagimnastykowałem, żeby przejść te cholerne zabezpieczenia!? A później ile musiałem nakłamać do jakiegoś profesorka, ze jestem jakimś tam uczniem, żeby mnie wpuścił?! Wiesz ile trudu sobie zadałem, żeby się z tobą spotkać? A ty co wyprawiasz? Romansujesz ze swoim byłym a mi miałaś czelność kłamać w żywe oczy! To tak ta wygląda twoja nauka? Czego się uczysz na Arthurku? Rozmnażania? Tego was uczą w tej szkole? Jak dobrze leżeć na swoim byłym, aby nie zajść w ciąże, co?
- Jak śmiesz się tak do niej zwracać? Nie dość uczyniłeś jej przykrości? - Arthur, z wyraźną pogardą w głosie, stanął bliżej Bryana. Jego przekrwione oczy zdradzały, ze jest na granicy wytrzymałości.
- A ty jak śmiałeś leżeć na mojej dziewczynie?
- Bryan uspokój się! Przecież do niczego nie doszło! - powiedziałam roztrzęsiona, chcąc uspokoić Bryana.
- Nie doszło, bo ja pojawiłem się w drzwiach, jeszcze chwila a nie miałabyś nic przeciwko temu, żeby uczyć się anatomii na tym wieśniaku.
- Dobieraj rozważniej słowa śmierdzielu, bo będą musieli twoje wnętrzności zdrapywać z podłogi. - Arthur ledwo powstrzymywał się przed zadaniem ciosu. Ja, bezradna przyglądałam się temu wszystkiemu, próbując wymyślić jak ich uspokoić. Stanęłam miedzy nimi mając nadzieję, ze utrzymają swoje nerwy na wodzy, nie chcąc mnie skrzywdzić. Chociaż coraz głębiej się zastanawiając, nie miałam pewności czy im się nic nie stanie, gdy przypadkiem ożyje pirokinezy. Uniosłam dłonie na wysokość torsu Bryana i lekko odepchnęłam go do tylu, myśląc, ze trochę ochłonie. Jakże się myliłam.
- Odejdź Andromedo. Ta sprawa nie dotyczy ciebie. Sam ją załatwię. - Bryan zwrócił się do mnie łagodnym głosem, co zupełnie nie pasowało do obrazka sprzed kilku sekund, kiedy cały był w nerwach i bałam się, że przez to może się stać komuś krzywda.
- Własnie, że mnie dotyczy. Nie powinieneś był tu przychodzić. Z naszych spotkań zawsze są kłopoty. - teraz zwróciłam się do Arthura.
- Nikt nie zabroni spotykać się z miłością mojego życia - oczy Arthura, teraz bez gniewu, były utkwione we mnie.
- Cóż za obrzydlistwo, słuchać takich rzeczy od byłego swojej obecnej dziewczyny. Przecież ona nie może kochać nas obu. Jeden z nas musi odejść. Proponuję, abyś był to ty.
- Ani mi się śni. - Arthur przybrał postawę, jakby miał stoczyć walkę swojego życia, a z jego twarzy zniknęły wszelkie wyrazy uczucia, jakich przed chwilą nie był w stanie ukryć.
- Nie chciałeś po dobroci, więc będzie siłą - powiedział Bryan i rzucił się na Arthura. Obydwoje tarzali się po podłodze, zadając ciosy na oślep. Nie chciałam, żeby zaszło to za daleko. Siłą umysłu wyczarowałam węże ognia, które, bez żadnej szkody, oplotły się wokół Bryana i oddzieliły go od rozwścieczonego Arthura. Postawiłam go koło drzwi a sama podeszłam do Arthura, który leżał nieruchomo obok łózka. Po chwili podniósł się i stanął na nogach. Nagle za sobą usłyszałam trzask. Było zbyt późno, by zareagować. Odłamana z krzesła noga, leciała w stronę Arthura. Zaostrzona z jednej strony belka wbiła się w jego ciało. bezwładnie padł na podłogę. Podbiegłam do niego roztrzęsiona. Strumienie krwi wylewały się z
Rovera i plamiły podłogę. Usiłując zatamować rzekę krwi, próbowałam odszukać wzrokiem Bryana. Leżał na podłodze tam, gdzie go odstawiłam, a z jego ust wydobywał się czarny obłok dymu, który przybrał kształt ludzkiej twarzy i po chwili wyleciał przez okno. Gorąca krew, która spływała mi po dłoniach przywróciła mi świadomość. Arthur wykrwawiał się na śmierć, a ja nie mogłam nic zrobić. Ze łzami w oczach nachyliłam się do niego i lekko pocałowałam osuszone z krwi usta.
- Co ty do cholery robisz z moją dziewczyną?
- Zapomniałeś dodać, ze była moją dziewczyną zanim mi ją ukradłeś! - Artur delikatnie mnie podniósł i stanął przede mną, jakby chcąc chronić mnie przed Bryanem.
- Oho! Znalazł się pan honorowy! Tyle tylko, ze ja nie umawiałem się z nią i inną dziewczyna w tym samym czasie! - krzyki Bryana stawały się coraz głośniejsze a ja obawiałam się, że ktoś możne zbytnio się tym zainteresować. W końcu, nie wypada żeby ktoś spoza szkoły odwiedzał nas w naszych sypialniach, a szczególnie, gdy mówimy tu o chłopakach.
- Jak ty się w ogóle dostałeś Bryan? - zebrałam się na odwagę i zadałam podstawowe pytanie, które dopiero teraz przyszło mi do głowy - przecież nikt obcy nie może wejść na teren zamku.
- Własnie! Wiesz ile się nagimnastykowałem, żeby przejść te cholerne zabezpieczenia!? A później ile musiałem nakłamać do jakiegoś profesorka, ze jestem jakimś tam uczniem, żeby mnie wpuścił?! Wiesz ile trudu sobie zadałem, żeby się z tobą spotkać? A ty co wyprawiasz? Romansujesz ze swoim byłym a mi miałaś czelność kłamać w żywe oczy! To tak ta wygląda twoja nauka? Czego się uczysz na Arthurku? Rozmnażania? Tego was uczą w tej szkole? Jak dobrze leżeć na swoim byłym, aby nie zajść w ciąże, co?
- Jak śmiesz się tak do niej zwracać? Nie dość uczyniłeś jej przykrości? - Arthur, z wyraźną pogardą w głosie, stanął bliżej Bryana. Jego przekrwione oczy zdradzały, ze jest na granicy wytrzymałości.
- A ty jak śmiałeś leżeć na mojej dziewczynie?
- Bryan uspokój się! Przecież do niczego nie doszło! - powiedziałam roztrzęsiona, chcąc uspokoić Bryana.
- Nie doszło, bo ja pojawiłem się w drzwiach, jeszcze chwila a nie miałabyś nic przeciwko temu, żeby uczyć się anatomii na tym wieśniaku.
- Dobieraj rozważniej słowa śmierdzielu, bo będą musieli twoje wnętrzności zdrapywać z podłogi. - Arthur ledwo powstrzymywał się przed zadaniem ciosu. Ja, bezradna przyglądałam się temu wszystkiemu, próbując wymyślić jak ich uspokoić. Stanęłam miedzy nimi mając nadzieję, ze utrzymają swoje nerwy na wodzy, nie chcąc mnie skrzywdzić. Chociaż coraz głębiej się zastanawiając, nie miałam pewności czy im się nic nie stanie, gdy przypadkiem ożyje pirokinezy. Uniosłam dłonie na wysokość torsu Bryana i lekko odepchnęłam go do tylu, myśląc, ze trochę ochłonie. Jakże się myliłam.
- Odejdź Andromedo. Ta sprawa nie dotyczy ciebie. Sam ją załatwię. - Bryan zwrócił się do mnie łagodnym głosem, co zupełnie nie pasowało do obrazka sprzed kilku sekund, kiedy cały był w nerwach i bałam się, że przez to może się stać komuś krzywda.
- Własnie, że mnie dotyczy. Nie powinieneś był tu przychodzić. Z naszych spotkań zawsze są kłopoty. - teraz zwróciłam się do Arthura.
- Nikt nie zabroni spotykać się z miłością mojego życia - oczy Arthura, teraz bez gniewu, były utkwione we mnie.
- Cóż za obrzydlistwo, słuchać takich rzeczy od byłego swojej obecnej dziewczyny. Przecież ona nie może kochać nas obu. Jeden z nas musi odejść. Proponuję, abyś był to ty.
- Ani mi się śni. - Arthur przybrał postawę, jakby miał stoczyć walkę swojego życia, a z jego twarzy zniknęły wszelkie wyrazy uczucia, jakich przed chwilą nie był w stanie ukryć.
- Nie chciałeś po dobroci, więc będzie siłą - powiedział Bryan i rzucił się na Arthura. Obydwoje tarzali się po podłodze, zadając ciosy na oślep. Nie chciałam, żeby zaszło to za daleko. Siłą umysłu wyczarowałam węże ognia, które, bez żadnej szkody, oplotły się wokół Bryana i oddzieliły go od rozwścieczonego Arthura. Postawiłam go koło drzwi a sama podeszłam do Arthura, który leżał nieruchomo obok łózka. Po chwili podniósł się i stanął na nogach. Nagle za sobą usłyszałam trzask. Było zbyt późno, by zareagować. Odłamana z krzesła noga, leciała w stronę Arthura. Zaostrzona z jednej strony belka wbiła się w jego ciało. bezwładnie padł na podłogę. Podbiegłam do niego roztrzęsiona. Strumienie krwi wylewały się z
Rovera i plamiły podłogę. Usiłując zatamować rzekę krwi, próbowałam odszukać wzrokiem Bryana. Leżał na podłodze tam, gdzie go odstawiłam, a z jego ust wydobywał się czarny obłok dymu, który przybrał kształt ludzkiej twarzy i po chwili wyleciał przez okno. Gorąca krew, która spływała mi po dłoniach przywróciła mi świadomość. Arthur wykrwawiał się na śmierć, a ja nie mogłam nic zrobić. Ze łzami w oczach nachyliłam się do niego i lekko pocałowałam osuszone z krwi usta.
piątek, 12 lipca 2013
Libster Blog Awards i the Versatile Blogger Award.
Zostałam nominowana do Libster Blog Awards przez Evangeline z http://cala-ja-evangeline.blogspot.com. Bardzo dziękuję!
1. Jak ma na imię twój przyjaciel?
Patrycja
2. Skąd czerpiesz inspirację?
2. Skąd czerpiesz inspirację?
Z wielu wielu źródeł. Głównie z książek.
3. Ulubiony kolor.
Czarny.
4. Z jakiego województwa jesteś?
Lubelskie
5. Ulubiony serial.
Jest cała masa. Supernatural, Merlin, Once upon a time... Można by wymieniać i wymieniać...
6. Ulubiona książka.
Też ich wiele. HP, HG, PJ, Merlin, Eragon...
7. Do której klasy chodzisz?
Trzecia gimnazjum.
8. Jakiego rodzaju muzyki słuchasz?
8. Jakiego rodzaju muzyki słuchasz?
Rock, metal.
9. Ulubiony przedmiot.
Historia, plastyka, biologia, chemia.
10. Harry Potter czy Zmierzch?
Zdecydowanie HARRY POTTER!
Moje pytania
1. Ulubiony film.
2. Kolor włosów.
3. Ulubiona książka.
4. Imię swojego pupilka
5. Wolisz The Hunger Games czy Zmierch?
6. Twoja pasja.
7. Kolor oczu.
8. Wiek.
9. Ulubiony kraj.
10. Znienawidzony przedmiot.
1. Ulubiony film.
2. Kolor włosów.
3. Ulubiona książka.
4. Imię swojego pupilka
5. Wolisz The Hunger Games czy Zmierch?
6. Twoja pasja.
7. Kolor oczu.
8. Wiek.
9. Ulubiony kraj.
10. Znienawidzony przedmiot.
The Versatile Blogger Award.
Nominowany powinien:
1. Podziękować nominującemu blogowi.
2. Pokazać nagrodę na swoim blogu.
3. Ujawnić 7 faktów o sobie.
4. Nominować 10 blogów, które twoim zdaniem na to zasługują .
5.Poinformować o tym fakcie autorów.
Dziękuję Evangeline z http://cala-ja-evangeline.blogspot.com.
Fakty o mnie.
1. Kocham HP
2. Zakochana jestem w wielu facetach
3. Jestem uważana za kujona
4. Szaleję za moją przyjaciółką
5. Kocham czytać
6. Jestem szalonym pomysłowym człowiekiem
7. Chciałabym powiązać swoją przyszłość z medycyną lub plastyką
Nominuję (kolejność losowa):
środa, 3 lipca 2013
Rozdział 56
Tak jak się spodziewałam, Harriet jeszcze bardziej zamknęła się w sobie. Coraz częściej zamiast wychodzić gdzieś z nami, wolała spędzać samotnie wieczory w pokoju. Oczywiście przez rozstanie z jej „miłością” pogorszyły się jej oceny i obniżyła obecność na lekcjach. Próbowałyśmy jak mogłyśmy z Julią ciągać na lekcje Harriet, ale przecież nie miałyśmy zawsze tych samych lekcji. A to już ostatni rok i to właśnie on decydował o przyszłości. Właściwie to tylko ja podciągnęłam się w ocenach. Julia zamiast siedzieć i się uczyć, włóczyła się z Roggerem po nocach. Nie twierdzę, że to źle, że się pogodzili, ale dlaczego akurat teraz?! Mogli poczekać jeszcze parę miesięcy, żeby obydwoje mieli już z głowy egzaminy. Ale najwidoczniej tylko ja troszczyłam się o oceny. Siedziałam w pokoju i wkuwałam materiał, żeby cokolwiek umieć na sprawdzian z historii magii. Julia jak zwykle przesiadywała u Roggera, a Harriet postanowiła iść do biblioteki. Jak to ujęła: Podwyższyć poziom swojego obycia, który znacząco zmalał od czasu, gdy zaczęła chodzić z Kevinem. Może w rzeczywistości tak było, ale według mnie poszła się po prostu wypłakać w ciszy. Najwidoczniej nie chciała abyśmy widziały jak rozpacza. Siedziałam bite trzy kwadranse nad tekstem o wynalazkach ułatwiających posługiwanie się magią i nadal nie mogłam zapamiętać ani słowa. Po raz siódmy czytałam fragment o działaniu klucza zmieniającego kształt wedle zamka do którego go się włoży i postanowiłam się poddać. Rzuciłam książkę w kąt pokoju i upadłam twarzą w poduszkę. Moją chwilę ciszy przerwało stukanie. Podniosłam głowę w celu poszukiwania źródła dźwięku. Z początku myślałam, że pukanie dobiega zza drzwi, ale szybko przekonałam się, że tak nie jest. Odwróciłam się w stronę okna. Znalazłam powód. Za oknem, nie wiem jakim cudem, zwłaszcza że mój pokój znajduje się na wieży, unosił się Artur. Podeszłam do szyby i spytałam:
- Czego tu szukasz? Zdaje się, że już skończyłeś szkołę i nie masz tu już nic do roboty.
- A mi się zdaje, że właśnie mam. - odpowiedział.
- A no tak. Julia. Ale jej tu teraz nie ma. Jest u Roggera. To albo idź do niego, albo odwiedź ją kiedy indziej.
Usiadłam na łóżku i miałam nadzieję, że Artur już nie będzie zakłócał mi spokoju.
- Wcale nie chodzi o Julię.
I właśnie tego się obawiałam. Tego, że pewnego dnia znowu pojawi się Artur i wszystko zacznie się od nowa. Najpierw sielanka, a później ból.
- Dromeda wpuść mnie do środka.
- Nie.
- Tak.
- Nie.
- Tak.
- Powiedziałam już: Nie.
- Takim razie sam wejdę.
- Życzę powodzenia. - powiedziałam szyderczo.
- To raczej będzie zbędne.
I było. Artur ni stąd, ni zowąd pojawił się w pokoju.
Wstałam zaniepokojona z łóżka.
- Jak to w ogóle możliwe?
- Ty masz teleport w płomieniach, a ja w falach.
No tak, zapomniałam. Artur miał Hydrokinezę. Zupełne moje przeciwieństwo. Ogień i woda. Jakby to coś znaczyło. Jakby było zaplanowane, że będziemy razem. Ale nie, nie będziemy. Nie po tym co się wydarzyło.
- No więc czego ode mnie chcesz? - spytałam.
- Ty dobrze wiesz.
- Nie, nie wiem. I myślę, że to wystarczy. Do widzenia. - powiedziałam i z powrotem usiadłam na łóżku. Sięgnęłam po książkę i wtedy Artur złapał mnie za rękę. Usiadł bliżej mnie i spojrzał mi prosto w oczy.
- Nie mam zamiaru cię opuścić.
Delikatnie pocałował wierzch mojej dłoni. Po całym moim ciele przebiegł dreszcz. Przypomniałam sobie czasy, gdy byłam z Arturem. Wtedy był całym moim życiem. Myślałam, że nigdy się nie rozstaniemy. Właśnie, tylko tak myślałam.
- An, ile razy mam cię przepraszać? Przecież nie możesz wiecznie się na mnie dąsać.
- Masz rację, wiecznie nie. Jak umrę to ci wybaczę.
- Nie żartuj sobie.
- Ale ja mówię śmiertelnie poważnie.
Wyszarpnęłam rękę z dłoni Artura. Ale on nie odpuszczał.
- Proszę, An.
- Żegnaj.
Artur wstał z łóżka i ukląkł przede mną.
- Andromedo błagam. - powiedział i położył głowę na moich nogach. Gdy ją uniósł, zauważyłam łzy w jego niebieskich oczach.
- An… - wyszeptał i znowu opuścił głowę.
Zrobiło mi się naprawdę żal Artura. Uklękłam obok niego i ujęłam jego twarz w dłonie.
- Arturze Rover, czy tobie wypada płakać? Takiemu mężczyźnie?
- Jakże mam nie płakać, kiedy miłość mego życia nie chce mi wybaczyć? I do tego muszę patrzeć jak jest szczęśliwa z kimś innym oprócz mnie? Nawet nie masz pojęcia jak to strasznie boli. Jakby ktoś wyrywał mi serce, a później na powrót próbował je ułożyć na jego miejsce.
Nie spodziewałam się tego co powiedział Artur. Wiedziałam dokładnie jak on się czuł. Czułam to samo, kiedy dowiedziałam się, że Artur w tym samym czasie gdy chodził ze mną, spotykał się potajemnie z Victorią. Do oczu napłynęły mi łzy. I klęczeliśmy tak oboje pogrążeni w rozpaczy, ze łzami ściekającymi nam po policzkach. Pod wpływem emocji pocałowałam Artura w usta. On nie czekał ani chwili, by odwzajemnić pocałunek. Przysunął się bliżej i objął mnie w pasie. Trwaliśmy w zastygnięciu namiętnych pocałunków. I wtedy otworzyły się drzwi sypialni. I stanął w nich ktoś kogo w tym momencie chciałam najmniej widzieć.
- Czego tu szukasz? Zdaje się, że już skończyłeś szkołę i nie masz tu już nic do roboty.
- A mi się zdaje, że właśnie mam. - odpowiedział.
- A no tak. Julia. Ale jej tu teraz nie ma. Jest u Roggera. To albo idź do niego, albo odwiedź ją kiedy indziej.
Usiadłam na łóżku i miałam nadzieję, że Artur już nie będzie zakłócał mi spokoju.
- Wcale nie chodzi o Julię.
I właśnie tego się obawiałam. Tego, że pewnego dnia znowu pojawi się Artur i wszystko zacznie się od nowa. Najpierw sielanka, a później ból.
- Dromeda wpuść mnie do środka.
- Nie.
- Tak.
- Nie.
- Tak.
- Powiedziałam już: Nie.
- Takim razie sam wejdę.
- Życzę powodzenia. - powiedziałam szyderczo.
- To raczej będzie zbędne.
I było. Artur ni stąd, ni zowąd pojawił się w pokoju.
Wstałam zaniepokojona z łóżka.
- Jak to w ogóle możliwe?
- Ty masz teleport w płomieniach, a ja w falach.
No tak, zapomniałam. Artur miał Hydrokinezę. Zupełne moje przeciwieństwo. Ogień i woda. Jakby to coś znaczyło. Jakby było zaplanowane, że będziemy razem. Ale nie, nie będziemy. Nie po tym co się wydarzyło.
- No więc czego ode mnie chcesz? - spytałam.
- Ty dobrze wiesz.
- Nie, nie wiem. I myślę, że to wystarczy. Do widzenia. - powiedziałam i z powrotem usiadłam na łóżku. Sięgnęłam po książkę i wtedy Artur złapał mnie za rękę. Usiadł bliżej mnie i spojrzał mi prosto w oczy.
- Nie mam zamiaru cię opuścić.
Delikatnie pocałował wierzch mojej dłoni. Po całym moim ciele przebiegł dreszcz. Przypomniałam sobie czasy, gdy byłam z Arturem. Wtedy był całym moim życiem. Myślałam, że nigdy się nie rozstaniemy. Właśnie, tylko tak myślałam.
- An, ile razy mam cię przepraszać? Przecież nie możesz wiecznie się na mnie dąsać.
- Masz rację, wiecznie nie. Jak umrę to ci wybaczę.
- Nie żartuj sobie.
- Ale ja mówię śmiertelnie poważnie.
Wyszarpnęłam rękę z dłoni Artura. Ale on nie odpuszczał.
- Proszę, An.
- Żegnaj.
Artur wstał z łóżka i ukląkł przede mną.
- Andromedo błagam. - powiedział i położył głowę na moich nogach. Gdy ją uniósł, zauważyłam łzy w jego niebieskich oczach.
- An… - wyszeptał i znowu opuścił głowę.
Zrobiło mi się naprawdę żal Artura. Uklękłam obok niego i ujęłam jego twarz w dłonie.
- Arturze Rover, czy tobie wypada płakać? Takiemu mężczyźnie?
- Jakże mam nie płakać, kiedy miłość mego życia nie chce mi wybaczyć? I do tego muszę patrzeć jak jest szczęśliwa z kimś innym oprócz mnie? Nawet nie masz pojęcia jak to strasznie boli. Jakby ktoś wyrywał mi serce, a później na powrót próbował je ułożyć na jego miejsce.
Nie spodziewałam się tego co powiedział Artur. Wiedziałam dokładnie jak on się czuł. Czułam to samo, kiedy dowiedziałam się, że Artur w tym samym czasie gdy chodził ze mną, spotykał się potajemnie z Victorią. Do oczu napłynęły mi łzy. I klęczeliśmy tak oboje pogrążeni w rozpaczy, ze łzami ściekającymi nam po policzkach. Pod wpływem emocji pocałowałam Artura w usta. On nie czekał ani chwili, by odwzajemnić pocałunek. Przysunął się bliżej i objął mnie w pasie. Trwaliśmy w zastygnięciu namiętnych pocałunków. I wtedy otworzyły się drzwi sypialni. I stanął w nich ktoś kogo w tym momencie chciałam najmniej widzieć.
piątek, 28 czerwca 2013
Rozdział 55
Rozdział dedykowany mojej kochanej Carmen.
Wrześniowe lekcje mijały szybko, ale nie oznaczało to wcale że nie mieliśmy nic do nauki. Ostatni rok nauki w szkole Owlneed niósł ze sobą wiele pracy. Końcowoszkolne testy, wybór zawodu, przygotowania do balu na zakończenie. Jednym słowem harówka. Nasze życie towarzyskie praktycznie nie istniało. No, wyliczając Julię, która pogodziła się z Roggerem i razem planowali wspólną przyszłość. Ja coraz rzadziej miałam czas odwiedzać Bryana a Harriet zbyt dużo kuła, żeby móc spotykać się ze swoim chłopakiem, tak aby ich związek się nie rozpadł. Może to i lepiej? I tak nie za bardzo przepadałam za Kevinem i według mnie tez związek nie miał szans przetrwać. On za często obraca się w towarzystwie innych panienek. A Harriet… Nieśmiała, chodząca z nosem w książkach inteligentka. Siedziałam w naszym pokoju ucząc się całą masę ingrediencji eliksirów i od czasu do czasu czytając zadaną nam przez faceta od zaklęć lekturę. Julia wyszła z Roggerem, a Harriet znikła gdzieś tylko jak wróciłyśmy z lekcji. Normalnie to odpuściłabym sobie tę nudną książkę po paru pierwszych rozdziałach, ale profesor Kettle (po kilku lekcjach z rzędu, kiedy nie mogłam się oprzeć skomentowaniu jego wypowiedzi) ukrócił moją swobodę na jego zajęciach. Zapowiedział, że mnie jaką pierwszą dokładnie przepyta ze znajomości lektury. Oświadczył również, że jeśli nie odpowiem chociaż na jedno z jego pytań, mogę sobie pomarzyć o pozytywnej ocenie na koniec szkoły. Moją niczym niezakłóconą ciszę nauki przerwała Harriet. Bez słowa wpadła do pokoju. Trzasnęła drzwiami z taką siłą, że omal nie pospadały obrazy ze ścian i rzuciła się na łóżko. Przycisnęła twarz do poduszki i zaczęła płakać. Bez chwili zastanowienia rzuciłam książki na bok i usiadłam na jej łóżku. Próbowałam dowiedzieć się co się stało, ale Harriet nawet nie próbowała mi odpowiadać. Dałam się chwilę czasu i zapytałam ponownie. Ta podniosła głowę i powiedziała cała we łzach:
- Zerwałam z Kevinem. Całował się z inną.
I znowu wybuchła płaczem. Przysunęłam się bliżej i ją przytuliłam. Nie zwalniałam uścisku póki Harriet choć trochę się nie uspokoiła. Wiedziałam, że tak będzie. Wiedziałam, że prędzej czy później ten gnojek coś wywinie. - pomyślałam. Siedziałyśmy w ciszy jeszcze parę minut, gdy nasze drzwi otworzyły się z hukiem. Stanął w nich Kevin. Na jego widok wezbrało we mnie zdenerwowanie. Wstałam i krzyknęłam:
- Masz jeszcze czelność się tu pokazywać?! Wynocha mi, ale już!
- Ale Andromeda, ty nic nie rozumiesz…
- I wcale nie muszę, wyjdź stąd!
- Ja chcę pogadać z Harriet, chce jej wszystko wytłumaczyć.
- Nie będziesz niczego tłumaczył! Wynocha!
- Andromeda, daj nam chwilkę. - odezwała się w końcu Harriet. - Możesz nas zostawić?
Spojrzałam na przyjaciółkę. Nie chciałam wychodzić i zostawiać ją w takim stanie, ale nie mogłam nie spełnić jej prośby. Wyszłam. Siedziałam w salonie czekając, aż któreś z nich krzyknie, aby móc wejść do pokoju. Ale najwyraźniej na to się nie zanosiło. Po kilkunastu minutach usłyszałam podniesiony glos Harriet:
- Jak możesz takie bujdy opowiadać! Nie sądziłam, że będziesz tak kłamał. Wyjdź.
Teraz czekałam tylko na wybiegającego z pokoju Kevina. Ale to się nie wydarzyło. Chyba będę musiała pomóc mu znaleźć drzwi. - pomyślałam. Wstałam z fotela i pobiegłam do naszego pokoju.
- Nie kłam! Nie kłam! Nie kłam! - krzyczała roztrzęsiona Harriet.
- Ale to prawda! - opowiadał jej Kevin.
Stanęłam przed Harriet i zwróciłam się do niego.
- Chyba prosiła cię, żebyś wyszedł.
- Andromeda wyjdź to nie twoja sprawa. - odpowiedział mi.
- A mi się zdaje, że właśnie moja.
- Andromeda wyjdź, albo już nie będę taki miły.
Nie miałam najmniejszego zamiaru opuścić pokoju. Nie chciałam też aby ten gnojek tutaj został. Podniosłam rękę i rzuciłam kulą ognia w wiszącą obok głowy Kevina donicę z ziemią.
- Następna kula nie chybi.
Wrześniowe lekcje mijały szybko, ale nie oznaczało to wcale że nie mieliśmy nic do nauki. Ostatni rok nauki w szkole Owlneed niósł ze sobą wiele pracy. Końcowoszkolne testy, wybór zawodu, przygotowania do balu na zakończenie. Jednym słowem harówka. Nasze życie towarzyskie praktycznie nie istniało. No, wyliczając Julię, która pogodziła się z Roggerem i razem planowali wspólną przyszłość. Ja coraz rzadziej miałam czas odwiedzać Bryana a Harriet zbyt dużo kuła, żeby móc spotykać się ze swoim chłopakiem, tak aby ich związek się nie rozpadł. Może to i lepiej? I tak nie za bardzo przepadałam za Kevinem i według mnie tez związek nie miał szans przetrwać. On za często obraca się w towarzystwie innych panienek. A Harriet… Nieśmiała, chodząca z nosem w książkach inteligentka. Siedziałam w naszym pokoju ucząc się całą masę ingrediencji eliksirów i od czasu do czasu czytając zadaną nam przez faceta od zaklęć lekturę. Julia wyszła z Roggerem, a Harriet znikła gdzieś tylko jak wróciłyśmy z lekcji. Normalnie to odpuściłabym sobie tę nudną książkę po paru pierwszych rozdziałach, ale profesor Kettle (po kilku lekcjach z rzędu, kiedy nie mogłam się oprzeć skomentowaniu jego wypowiedzi) ukrócił moją swobodę na jego zajęciach. Zapowiedział, że mnie jaką pierwszą dokładnie przepyta ze znajomości lektury. Oświadczył również, że jeśli nie odpowiem chociaż na jedno z jego pytań, mogę sobie pomarzyć o pozytywnej ocenie na koniec szkoły. Moją niczym niezakłóconą ciszę nauki przerwała Harriet. Bez słowa wpadła do pokoju. Trzasnęła drzwiami z taką siłą, że omal nie pospadały obrazy ze ścian i rzuciła się na łóżko. Przycisnęła twarz do poduszki i zaczęła płakać. Bez chwili zastanowienia rzuciłam książki na bok i usiadłam na jej łóżku. Próbowałam dowiedzieć się co się stało, ale Harriet nawet nie próbowała mi odpowiadać. Dałam się chwilę czasu i zapytałam ponownie. Ta podniosła głowę i powiedziała cała we łzach:
- Zerwałam z Kevinem. Całował się z inną.
I znowu wybuchła płaczem. Przysunęłam się bliżej i ją przytuliłam. Nie zwalniałam uścisku póki Harriet choć trochę się nie uspokoiła. Wiedziałam, że tak będzie. Wiedziałam, że prędzej czy później ten gnojek coś wywinie. - pomyślałam. Siedziałyśmy w ciszy jeszcze parę minut, gdy nasze drzwi otworzyły się z hukiem. Stanął w nich Kevin. Na jego widok wezbrało we mnie zdenerwowanie. Wstałam i krzyknęłam:
- Masz jeszcze czelność się tu pokazywać?! Wynocha mi, ale już!
- Ale Andromeda, ty nic nie rozumiesz…
- I wcale nie muszę, wyjdź stąd!
- Ja chcę pogadać z Harriet, chce jej wszystko wytłumaczyć.
- Nie będziesz niczego tłumaczył! Wynocha!
- Andromeda, daj nam chwilkę. - odezwała się w końcu Harriet. - Możesz nas zostawić?
Spojrzałam na przyjaciółkę. Nie chciałam wychodzić i zostawiać ją w takim stanie, ale nie mogłam nie spełnić jej prośby. Wyszłam. Siedziałam w salonie czekając, aż któreś z nich krzyknie, aby móc wejść do pokoju. Ale najwyraźniej na to się nie zanosiło. Po kilkunastu minutach usłyszałam podniesiony glos Harriet:
- Jak możesz takie bujdy opowiadać! Nie sądziłam, że będziesz tak kłamał. Wyjdź.
Teraz czekałam tylko na wybiegającego z pokoju Kevina. Ale to się nie wydarzyło. Chyba będę musiała pomóc mu znaleźć drzwi. - pomyślałam. Wstałam z fotela i pobiegłam do naszego pokoju.
- Nie kłam! Nie kłam! Nie kłam! - krzyczała roztrzęsiona Harriet.
- Ale to prawda! - opowiadał jej Kevin.
Stanęłam przed Harriet i zwróciłam się do niego.
- Chyba prosiła cię, żebyś wyszedł.
- Andromeda wyjdź to nie twoja sprawa. - odpowiedział mi.
- A mi się zdaje, że właśnie moja.
- Andromeda wyjdź, albo już nie będę taki miły.
Nie miałam najmniejszego zamiaru opuścić pokoju. Nie chciałam też aby ten gnojek tutaj został. Podniosłam rękę i rzuciłam kulą ognia w wiszącą obok głowy Kevina donicę z ziemią.
- Następna kula nie chybi.
niedziela, 16 czerwca 2013
Rozdział 54
Siedziałyśmy w salonie i odrabiałyśmy zadane prace. Ja siedziałam na podłodze z książkami na kolanach, Julia na sofie a Harriet na fotelu w rogu pokoju. Harriet pisała wypracowanie na zaklęcia, a ja z Julią przygotowywałyśmy się do klasówki z zielarstwa. Gdy uznałam, że jestem już obkuta, odłożyłam książkę i usiadłam obok Julii na sofie.
- Jak tam z tobą i Roggerem? Wszystko między wami gra? - spytałam Julię, udając, że niczego nie widziałam poprzedniego dnia.
- A niby jak ma być? Nadal się do siebie nie odzywamy. Zresztą wątpię czy kiedykolwiek zaczniemy ze sobą znowu rozmawiać. - powiedziała spokojnie Julia.
- Na pewno nie pogodziliście się? Dobrze by było, gdybyście do siebie wrócili.
- Jak już mówiłam, niczego nie będzie. Z nami koniec. - Julia zaczęła nerwowo wystukiwać palcami w oparcie sofy.
- A mi się zdawało, że po wczorajszym się pogodziliście. - powiedziałam i czekałam na reakcję Julii.
- Po jakim wczorajszym? - spytała.
- Sama wiesz.
- Nadal się do siebie nie odzywamy.
- No, podczas tego co robiliście raczej się nie rozmawia.
Julia zaczerwieniła się, a Harriet podniosła wzrok znad książki.
- Przespałaś się z Roggerem?! - wrzasnęła na cały głos. Julia rzuciła jej uciszające spojrzenie.
- Wcale nie.
- No ja wątpię, czy w łóżku leży się nagim z kimś po zwykłej rozmowie. - powiedziałam.
- An… Ty widziałaś. Przecież…
- Rogger wyszedł wcześnie rano?
Przytaknęła.
- Julio! Ty przespałaś się z Roggerem! - wykrzyczała Harriet. Trudno było zdecydować czy z zachwytu, czy ze zdziwienia.
- Samo tak wyszło. A ty An? Dlaczego całą noc nie było cię w szkole? - rzuciła Julia.
- Bo… ja… - jąkałam się. Nie wiedziałam co powiedzieć. Nie mogłam wyznać, że byłam u Bryana.
- Wiesz co ciekawego znalazłam? Ktoś przypadkiem wrzucił twój list do mojej skrzynki, więc otworzyłam go, aby sprawdzić czy to coś ważnego. I wiesz co? To był list od twoich rodziców. Napisali, że Bryan przeprowadził się do miasteczka niedaleko szkoły. - mówiła Julia.
- Andromedo czy ty… - zaczęła Harriet.
Obie spojrzały na mnie wyczekująco. W salonie zapadła niezręczna cisza. Spuściłam wzrok i na chwilę umilkłam. Kilka sekund później odezwałam się ponownie.
- Tak, całą noc byłam u Bryana.
- Jak tam z tobą i Roggerem? Wszystko między wami gra? - spytałam Julię, udając, że niczego nie widziałam poprzedniego dnia.
- A niby jak ma być? Nadal się do siebie nie odzywamy. Zresztą wątpię czy kiedykolwiek zaczniemy ze sobą znowu rozmawiać. - powiedziała spokojnie Julia.
- Na pewno nie pogodziliście się? Dobrze by było, gdybyście do siebie wrócili.
- Jak już mówiłam, niczego nie będzie. Z nami koniec. - Julia zaczęła nerwowo wystukiwać palcami w oparcie sofy.
- A mi się zdawało, że po wczorajszym się pogodziliście. - powiedziałam i czekałam na reakcję Julii.
- Po jakim wczorajszym? - spytała.
- Sama wiesz.
- Nadal się do siebie nie odzywamy.
- No, podczas tego co robiliście raczej się nie rozmawia.
Julia zaczerwieniła się, a Harriet podniosła wzrok znad książki.
- Przespałaś się z Roggerem?! - wrzasnęła na cały głos. Julia rzuciła jej uciszające spojrzenie.
- Wcale nie.
- No ja wątpię, czy w łóżku leży się nagim z kimś po zwykłej rozmowie. - powiedziałam.
- An… Ty widziałaś. Przecież…
- Rogger wyszedł wcześnie rano?
Przytaknęła.
- Julio! Ty przespałaś się z Roggerem! - wykrzyczała Harriet. Trudno było zdecydować czy z zachwytu, czy ze zdziwienia.
- Samo tak wyszło. A ty An? Dlaczego całą noc nie było cię w szkole? - rzuciła Julia.
- Bo… ja… - jąkałam się. Nie wiedziałam co powiedzieć. Nie mogłam wyznać, że byłam u Bryana.
- Wiesz co ciekawego znalazłam? Ktoś przypadkiem wrzucił twój list do mojej skrzynki, więc otworzyłam go, aby sprawdzić czy to coś ważnego. I wiesz co? To był list od twoich rodziców. Napisali, że Bryan przeprowadził się do miasteczka niedaleko szkoły. - mówiła Julia.
- Andromedo czy ty… - zaczęła Harriet.
Obie spojrzały na mnie wyczekująco. W salonie zapadła niezręczna cisza. Spuściłam wzrok i na chwilę umilkłam. Kilka sekund później odezwałam się ponownie.
- Tak, całą noc byłam u Bryana.
piątek, 12 kwietnia 2013
Rozdział 53
Rozdział ten dedykuję Sarze, największej fance związku Julii i Roggera. Tylko proszę staraj się powtrzymać emocje podczas czytania.
Wracałam do swojego pokoju wczesnym rankiem. Była niedziela, więc mogłam pozwolić sobie na chwilę odpoczynku. Nie chciałam zrobić zbytniego hałasu, bo nie chciałam nikogo obudzić, aby wypytywał mnie dlaczego tak wcześnie się włóczę po szkole albo, co gorsza, gdzie byłam w nocy. Powolnymi krokami zbliżałam się w stronę swojej wieży. Nagle usłyszałam za sobą kroki. Odwróciłam się gwałtownie i zobaczyłam Victorię. Kroczyła ku mnie zdecydowanymi, szybkimi krokami. Chciałam ją zgubić, bo wiedziałam co oznacza spotkanie z Victorią. Nie skręciłam na górę do wieży, tylko poszłam dalej, szukając jakiegoś zaułka w którym mogłabym schować się i uniknąć rozmowy z Victorią. W miarę gdy przyspieszałam, Vicki również.
- Andromeda! - krzyknęła i zaczęła biec ku mnie - zaczekaj!
Wiedząc, że i tak czeka mnie rozmowa z nią przystanęłam i poczekałam aż się zrówna ze mną.
- Musimy porozmawiać - powiedziała poważnym tonem.
- Niby o czym? Przecież nie mamy wspólnych tematów.
- Czyżby? Doskonale wiesz o co mi chodzi.
- Nie wiem. - skłamałam - oświeć mnie.
- Chodzi o to co widziałaś w piątek. - zniżyła głos, aby mówić jak najciszej.
- A co ja takiego widziałam?
- Ty już wiesz co - powiedziała nieco dosadniej, jakby miała dość moich kłamstw.
- Chodzi ci o to co robiłaś z panem Kettle? Czy raczej, jak go nazywasz, Howard, kochanie. - starałam się nie roześmiać.
- Nie żartuj sobie. I nie tak głośno.
- Będę mówiła o tym tak głośno, jak zechcę - starałam się niemalże krzyczeć, by zdenerwować Victorię.
- Błagam ciszej, Andromedo. Pamiętasz? Kiedyś się przyjaźniłyśmy.
- To było zanim wymieniałaś się śliną z moim chłopakiem. - wzdrygnęłam się na wspomnienie o czasach, gdy Vicki była moją przyjaciółką. Ale na szczęście to przeszłość. Bo niby, która przyjaciółką lepi się do twojego chłopaka - Było, minęło.
- Chciałam cię prosić, ze względu na dawne czasy, byś nie mówiła o tym co widziałaś w gabinecie How… to znaczy pana Kettle.
- Chodzi ci o dawne czasy, gdy trzymałaś mojego chłopaka za rączkę, czy wtedy gdy się obściskiwaliście? - powiedziałam drwiąco i odeszłam.
- Andromedo! Wracaj. To nie koniec naszej rozmowy.
Nie zwracając uwagi na krzyki Victorii poszłam w stronę wieży. Po paru minutach byłam na miejscu. Przeszłam przez salon naszej wieży i skierowałam się do pokoju w którym mieszkałam z Julią i Harriet. Zdziwiłam się, gdy zauważyłam uchylone drzwi. Zanim chwyciłam drzwi, przez szparę spojrzałam na łóżko znajdujące się naprzeciw drzwi. Łóżko to należało do Julii i tam właśnie spała Julia. Obok niej leżał Rogger obejmując ją ramieniem. Oboje byli nadzy, a raczej tak mi się zdawało, bo bez chwili zastanowienia chwyciłam drzwi i zamknęłam je jak najciszej potrafiłam. Odchodząc, śmiałam się w duchu, jak zaskakujące były ostatnie dni.
Wracałam do swojego pokoju wczesnym rankiem. Była niedziela, więc mogłam pozwolić sobie na chwilę odpoczynku. Nie chciałam zrobić zbytniego hałasu, bo nie chciałam nikogo obudzić, aby wypytywał mnie dlaczego tak wcześnie się włóczę po szkole albo, co gorsza, gdzie byłam w nocy. Powolnymi krokami zbliżałam się w stronę swojej wieży. Nagle usłyszałam za sobą kroki. Odwróciłam się gwałtownie i zobaczyłam Victorię. Kroczyła ku mnie zdecydowanymi, szybkimi krokami. Chciałam ją zgubić, bo wiedziałam co oznacza spotkanie z Victorią. Nie skręciłam na górę do wieży, tylko poszłam dalej, szukając jakiegoś zaułka w którym mogłabym schować się i uniknąć rozmowy z Victorią. W miarę gdy przyspieszałam, Vicki również.
- Andromeda! - krzyknęła i zaczęła biec ku mnie - zaczekaj!
Wiedząc, że i tak czeka mnie rozmowa z nią przystanęłam i poczekałam aż się zrówna ze mną.
- Musimy porozmawiać - powiedziała poważnym tonem.
- Niby o czym? Przecież nie mamy wspólnych tematów.
- Czyżby? Doskonale wiesz o co mi chodzi.
- Nie wiem. - skłamałam - oświeć mnie.
- Chodzi o to co widziałaś w piątek. - zniżyła głos, aby mówić jak najciszej.
- A co ja takiego widziałam?
- Ty już wiesz co - powiedziała nieco dosadniej, jakby miała dość moich kłamstw.
- Chodzi ci o to co robiłaś z panem Kettle? Czy raczej, jak go nazywasz, Howard, kochanie. - starałam się nie roześmiać.
- Nie żartuj sobie. I nie tak głośno.
- Będę mówiła o tym tak głośno, jak zechcę - starałam się niemalże krzyczeć, by zdenerwować Victorię.
- Błagam ciszej, Andromedo. Pamiętasz? Kiedyś się przyjaźniłyśmy.
- To było zanim wymieniałaś się śliną z moim chłopakiem. - wzdrygnęłam się na wspomnienie o czasach, gdy Vicki była moją przyjaciółką. Ale na szczęście to przeszłość. Bo niby, która przyjaciółką lepi się do twojego chłopaka - Było, minęło.
- Chciałam cię prosić, ze względu na dawne czasy, byś nie mówiła o tym co widziałaś w gabinecie How… to znaczy pana Kettle.
- Chodzi ci o dawne czasy, gdy trzymałaś mojego chłopaka za rączkę, czy wtedy gdy się obściskiwaliście? - powiedziałam drwiąco i odeszłam.
- Andromedo! Wracaj. To nie koniec naszej rozmowy.
Nie zwracając uwagi na krzyki Victorii poszłam w stronę wieży. Po paru minutach byłam na miejscu. Przeszłam przez salon naszej wieży i skierowałam się do pokoju w którym mieszkałam z Julią i Harriet. Zdziwiłam się, gdy zauważyłam uchylone drzwi. Zanim chwyciłam drzwi, przez szparę spojrzałam na łóżko znajdujące się naprzeciw drzwi. Łóżko to należało do Julii i tam właśnie spała Julia. Obok niej leżał Rogger obejmując ją ramieniem. Oboje byli nadzy, a raczej tak mi się zdawało, bo bez chwili zastanowienia chwyciłam drzwi i zamknęłam je jak najciszej potrafiłam. Odchodząc, śmiałam się w duchu, jak zaskakujące były ostatnie dni.
poniedziałek, 18 lutego 2013
Rozdział 52
Jak się można domyślić, Julia i Harriet były zszokowane tym co im powiedziałam. Najgorsze było to, że nie wiedziałam co miałam zrobić z tą tajemnicą. Iść do pana Kettle i powiedzieć mu o wszystkim, zachować do dla siebie, czy szantażować tym Victorię? Mimo, że ostatni pomysł podobał mi się najbardziej, nie był on za bardzo przyzwoity. Dzień po tym szokującym zdarzeniu spacerowałam po szkolnym korytarzu z głową pełną myśli. Była sobota, więc mogłam pozwolić sobie na beztroskę. Przechodziłam właśnie koło ciemnego korytarza, gdzie przyłapałam Victorię na zdradzie wobec Harveya, gdy ktoś złapał mnie za rękę i pociągnął w ciemny kąt. Jasne światło z pochodni oświetliło twarz owego człowieka i już wiedziałam dlaczego mnie zatrzymał. Przede mną stał profesor Kettle. W jego oczach widać było strach. On już wiedział, że byłam świadkiem wczorajszego wydarzenia.
- Niech pan mnie puści. - powiedziałam do niego gdy złapał mnie mocno za ręce i przycisnął do ściany abym nie mogła się wydostać.
- Musimy porozmawiać. Ja nie mogę cię wypuścić. - odrzekł roztrzęsionym głosem profesor.
- Niby o czym? O moim sprawdzianie? - spytałam tak jakbym nie wiedziała o czym mówi.
- Ty już dobrze wiesz o czym. To co wczoraj widziałaś…
- Niczego nie widziałam. - skłamałam.
- Nie okłamuj mnie. Wiem, że widziałaś wszystko. Chcę, żebyś do zachowała dla siebie.
- Niby dlaczego?! Mi się zdaję, że właśnie powinnam powiedzieć o tym dyrekcji. Nie może być tak, że profesor sypia ze swoimi uczennicami.
- To nie tak, wysłuchaj mnie. - powiedział przerażony Howard - gdyby to się wydało…
- Straciłby pan pracę. - dokończyłam.
- Nie może do tego dojść. Przysięgnij mi, że nie powiesz o tym nikomu. Błagam.
- Wie pan, że nie mogę… - powiedziałam i wyrwałam się z uścisku nauczyciela.
- Andromedo! Błagam! - krzyknął profesor, ale ja nie zwróciłam na niego uwagi tylko poszłam dalej.
Nie chciałam aby ktokolwiek przeszkadzał mi w rozmyślaniach dlatego wybrałam się na spacer poza teren szkoły. Szłam powoli aleją w jakimś miasteczku zamieszkiwanym przed czarodziei. Nawet nie wiedziałam jak daleko jestem od szkoły. Zresztą mi to nie przeszkadzało. Zawsze mogłam teleportować się w płomieniach do mojego pokoju w Owlneed. Nagle ktoś wykrzyczał moje imię. Odwróciłam się z obawą, że to pan Kettle mnie odnalazł i chciał znowu ze mną porozmawiać. Ale dzięki bogu, to nie był on. Za mną stał Bryan. Po kilku minutach mój chłopak dobiegł do mnie. Przytulił mnie i czule pocałował.
- Co ty tu robisz?
- Mieszkam tutaj. - powiedział.
- Od kiedy? - zapytałam ze zdziwieniem.
- Od sierpnia. Nie powiedziałem ci, bo nie wiedziałem, czy zostanę tu na stałe. Może pójdziemy do mnie. Pokażę ci mój dom.
Pokiwałam głową i ruszyliśmy. Po kilkunastu minutach byliśmy na miejscu. Bryan mieszkał w dwupiętrowym pięknym domu z ogrodem. Weszliśmy do środka. Bryan kazał mi się rozgościć a sam poszedł zaparzyć herbatę. Postanowiłam trochę pozwiedzać. Poszłam na górę do sypialni Bryana. Na samym środku stało dwuosobowe łóżko z mahoniowymi ramami. Usiadłam na nim i zaczęłam rozglądać się dokoła. Na miętowych ścianach wisiały piękne obrazy. Pod oknem stało biurko a na nim sterta dokumentów. Po chwili dołączył do mnie Bryan.
- Herbata już się parzy. I jak? Podoba ci się tutaj? - powiedział i usiadł obok mnie.
- Bardzo. - odpowiedziałam.
Nie wiem co mnie naszło, ale nagle przysunęłam się do Bryana i zaczęłam go całować. On odwzajemnił moje pocałunki. Nie odrywając swoich ust od jego usiadłam mu na kolanach. Na chwilę przestałam go całować i ściągnęłam jego koszulę. Przejechałam palcami po jego nagim torsie. Bryan położył się na plecach i przyciągnął mnie do siebie.
sobota, 16 lutego 2013
Rozdział 51
Ostatni rok szkolny w Owlneed mijał bardzo, bardzo wolno. Lekcje ciągnęły się w nieskończoność a materiał do zaliczenia był większy niż suma nauki w ciągu ostatnich sześciu lat. Nauczyciele wymagali coraz więcej i zadawali coraz więcej. Każdy dzień był taki sam. Poranne wstawanie, tortury na lekcjach i siedzenie nad książkami i pracą domową do późna. Jednak jednego dnia z tej codziennej harówki stało się coś dziwnego i nieoczekiwanego.
Był piątek około godziny szesnastej, tuż po zakończeniu mojej ostatniej lekcji, zaklęć. Tego dnia na zaklęciach profesor Kettle oddawał sprawdziany z wiedzy praktycznej o rzucaniu zaklęć defensywnych. Kułam do tego testu do pierwszej nad ranem dnia poprzedniego. Byłam pewna, że dostanę ocenę pozytywną. Ale chwilę po otrzymaniu sprawdzonego testu doznałam szoku. Oczekiwałam przynajmniej oceny wysokiej, a dostałam ledwo mierny. Już szykowałam się do kłótni z profesorem Howardem, gdy oznajmił koniec lekcji. Postanowiłam, że odwiedzę go w jego gabinecie i tam wyjaśnię sprawę. Poszłam na drugie piętro. Stanęłam przed drzwiami z tabliczką HOWARD KETTLE PROFESOR ZAKLĘĆ i zastukałam. Drzwi otworzył mi sam profesor.
- Andromedo, nie spodziewałem się ciebie, proszę wejdź. - powiedział do mnie jakbym była niemile widziana właśnie w tej chwili. Pan Kettle nigdy się tak nie zachowywał. Był zaledwie osiem lat starszy od mojego rocznika i jeszcze pamiętał jak to jest w szkole. Niejedna moja koleżanka wzdycha do niego. W końcu profesor jest bardzo przystojny. Wysoki, dobrze zbudowany, blondyn, niebieskie oczy. Ideał. Czego chcieć więcej? Gdybym wierzyła w mitologię, powiedziałabym, że jego matką jest sama bogini piękności, Afrodyta.
- Przyszłam w sprawie ostatniego sprawdzianu. Uważam, że niesprawiedliwie ocenił mój test. - powiedziałam i usiadłam na krześle przed biurkiem. Profesor zajął miejsce naprzeciwko mnie.
- Dlaczego tak uważasz? - spytał.
- Na prawie wszystkie pytania odpowiedziałam dobrze. Pomyliłam się tylko w ostatnim zadaniu, a to chyba nie powinno wpływać na cały sprawdzian. - powiedziałam.
- Skąd pewność, że te odpowiedzi są poprawne? W końcu to ja uczę zaklęć, a nie ty. - zwrócił się do mnie i wypowiedział to nieco ostrzej, jakby już chciał dać mi do zrozumienia, że rozmowa skończona.
- Dam sobie rękę uciąć, że odpowiedzi są poprawne. Czy jest pan aż tak niekompetentny, że nie zna pan poprawnych odpowiedzi? - niemalże krzyknęłam.
- Panno Seam nie wydaje mi się, że jestem pani kolegą, więc takie zwracanie się do mnie jest niedopuszczalne! - powiedział oburzony profesor.
- Niech pan sprawdzi jeszcze raz mój test. - odrzekłam i położyłam sprawdzian przed panem Kettle. - Do widzenia.
Wstałam z krzesła i wyszłam z gabinetu. Jakieś dziesięć minut później, gdy już byłam przy schodach do mojej wieży, że zapomniałam mojej teczki z gabinetu profesora. Pobiegłam na drugie piętro mając nadzieję, że jeszcze nie wyszedł. Byłam tak roztargniona, że nie zapukałam i uchyliłam drzwi do gabinetu. Gdy między drzwiami a futryną było kilka centymetrów, przestałam je otwierać, bo mnie zamurowało. Profesor nie był sam w pokoju. W środku była jeszcze Victoria, moja największa rywalka. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to co się tam działo. Victoria leżała z rozpiętą bluzką na biurku profesora, a sam Howard pochylał się nad nią i namiętnie całował. Nagle Victoria lekko odepchnęła profesora i zaczęła ściągać z niego bluzkę. Nie musiałam zgadywać, co by się stało później. Zamknęłam drzwi i biegłam jak najszybciej do mojego pokoju. Musiałam jak natychmiast powiedzieć Julii i Harriet co widziałam. Gdy wpadłam do mojej sypialni moje przyjaciółki tam były. Usiadłam zasapana na łóżku i zrelacjonowałam czego przed chwilą byłam świadkiem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


.png)

